Dwa i pół miesiąca w służbie ludzkości

        Na początku maturalnych wakacji, które z przyczyn wszystkim znanych strajk rozpoczęły się nieco wcześniej, pomyślałam o pracy. Zatem krok za krokiem i gdy tylko nadszedł czerwiec, stanęłam w rejestracji niepublicznej przychodni. Myślę, że możecie już się domyślać do czego zmierzam. 
        Od dwóch i pół miesięcy gęba mi się nie zamyka na temat niezwykłych sytuacji, które mnie tam spotykają/spotykały. Przysięgam, od zawsze wiedziałam, że ludzie potrafią być fatalni. A jednak nigdy wcześniej nie sądziłam, że aż tak. 
        A zatem przedstawiam wam kilka doświadczeń związanych z pacjentami w służbie zdrowia. Tutaj nadmienię, że nie mam wykształcenia medycznego, moja praca w całości opierała się na rejestrowaniu pacjentów, wyciąganiu kartotek, zapisywaniu na wizyty, rozmowie przez telefon etc. No wiecie. Rejestracja. 
        Nie raz już opowiadałam historie, które mnie spotykały w tym miejscu, a jednak teraz wydaje mi się, że nie mam o czym mówić. Możliwe, że nie chcę, by wyszło to bardzo szorstko. W większości sytuacje, które omawiałam, były dzielone w wesołym, żartobliwym towarzystwie i mimo tego, że sama się z nich śmiałam, powoli zdaje sobie sprawę jakie to jest po prostu smutne. Ot tak, zachowanie ludzi. Może będzie łatwiej przedstawić to wszystko w formie tego, czego absolutnie nie robią, nie potrafią lub nie mają.

Numer jeden: nie słuchają.
Najczęściej zauważalne: w rozmowach telefonicznych / w rozmowie twarzą w twarz.

Znaczna większość pacjentów niemal uwielbia przegadywać osobę, która udziela im informacji, zamiar najpierw wysłuchać. Szczególnie frustrujace w momencie, gdy przerywają, żeby poprawić tę osobę na temat czegoś, o czym nie mają pojęcia. Po trzydziestokrotnym powtórzeniu tego samego zdania, uśmiechasz się tylko i bardzo przez zęby grzecznie prosisz o zamknięcie się.

-

P(acjent): Dzień dobry, ja do laryngologa.
R(ejestratorka): U nas jest tylko prywatnie.
P: Aha a kiedy przyjmuje?
R: Jest na urlopie w tym momencie, będzie od ****, od godziny 8:00, zapisać?
P: aha. A kiedy będzie?
R: —- będzie od **** od godziny 8:00
P: aha, a w jakich godzinach?
R: —- od godziny 8:00
P: aha, a można z NFZ?
R: —-

-

P: Chcę się zapisać do lekarza.
R: Rozumiem, kiedy ostatnio pan/pani był/a?
P: Nie pamietam, ale chcę do lekarza ****.
R: Dobrze, zatem muszę poinformować, że ten lekarz—
P: Ale czy pani mnie nie słucha, chce się zapisać.
R: Słucham, ale jestem zobligowana poinformować, że—-
P: NIECH MNIE PANI PO PROSTU ZAPISZE, A NIE ZMIENIA TEMATU.
R: Ja—
P: TO DA MI PANI W KOŃCU INFORMACJĘ, KIEDY ON PRZYJMUJE.
R: Jeśli dałaby mi pani skończyć, to dowiedziałaby się pani, że ten lekarz już nie przyjmuje, mogę zapisać panią do innego-
P: TRZEBA BYŁO TAK OD RAZU.

-

P: Chce do lekarza
R: Lekarz przyjmuje od godziny 14:00.
P: No to ja chcę do lekarza.
R: Ale, lekarz jest od godziny 14:00.
P: No, ale ja jestem teraz. 
R: Ale lekarza nie ma.
P: To mnie pani zapisze.

-

Numer dwa: nie potrafią czytać. 
Najczęściej zauważalne: w rozmowie twarzą w twarz.

        Nieraz zdarzało się, że pacjenci dostawali oświadczenie, w którym wypełniali punkty, na które się zgadzali. Chodziło o udostępnianie danych. Niesamowite jak jedna, dwustronna karteczka A5 potrafi zmanipulować ludzkie umysły, jak gdyby stanęli przed rozwiązaniem zagadki Sfinksa. Ten fragment tylko i wyłącznie tekstu pisanego, składa się na jeden punkt, gdzie pacjent wyraża zgodę na udzielanie informacji o stanie zdrowia innym osobom oraz drugiego, w którym nie wraża takiej zgody. No wiecie, nie trzeba być Sherlockiem, żeby wiedzieć, gdzie masz się podpisać w każdym z tych przypadków. A jednak codziennie, co najmniej osiem razy, wstawałam zza blatu, by wytłumaczyć, że nie można podpisać się w obydwóch podpunktach jednocześnie. Co byłoby oczywiste, gdyby ludzie w ogóle czytali to, co podpisują. 
        Serio, jeśli chcecie kogoś naciągnąć na kasę, po prostu dajcie mu umowę, gdy zobowiązują się do wysłania wam hajsu, a w dziewięćdziesięciu procentach w kilka sekund stalibyście się bogaci. Co gorsza, jeszcze częściej zdarzało się, że to właśnie ja, jako rejestratorka, byłam obwiniania za to, że to zbyt skomplikowane i dlatego źle to wypełnili. Zupełnie nieświadomi tego, że to nie ja to napisałam oraz, że takie są przepisy. Tyle. 

Numer trzy: nie potrafią mówić.
Najczęściej zauważalne: twarzą w twarz. 

        Wyobraźcie sobie scenerię. Siedzę za biurkiem, robię swoje rejestratorskie rzeczy jak przykładny pracownik. I nagle przed nosem ląduje mi karta chipowa Narodowego Funduszu Zdrowia. O dziwo, kulturalne podanie rzeczy do ręki najwyraźniej już dawno wyszło z mody, o czym też przekonałam się niejednokrotnie. Podnoszę moje zmęczone komputerem oczęta i widzę starszą panią. Well, może nie starszą. Podstarszą? No wiecie, taką Karen-let-me-talk-to-the-manager-type.
        Mówię: dzień dobry. Brak odpowiedzi. Patrzymy na siebie nawzajem. Zaczynam się zastanawiać, czy ona na coś faktycznie czeka, czy może dostaje wylewu, ale jeszcze się nie przewróciła. I tutaj właśnie zdaję sobie sprawę, że to TEN typ pacjenta. Jakoś raz na pół godziny zdarza się taki, który twierdzi, że czytasz mu w myślach i to chyba oczywiste, że wiesz czego potrzebuje. 
        Mówię: słucham pani. Ona odpowiada: no recepty chcę wypisać, halo. Kiwam głową, sprawdzam nazwisko, rejestruję, oddaję dyskietkę. Mówię: to wszystko, będzie do odebrania w poniedziałek. Ona: nie wyciągnie pani kartoteki? Mówię: za chwilkę to zrobię, ale nie musi już pani na to czekać. Ona: jeśli w poniedziałek przyjdę i to nie będzie zrobione, to pani zobaczy. 
        Unoszę tylko brwi, jak na odchodnym rzuca: jesteście beznadziejne. Nie wiem czy to mnie miało urazić, bo chwile później cisnę z tego bekę z innymi, ale ta właśnie historia sprawdza mnie do ostatniego punktu, który jest naprawdę cholernie najsmutniejszy.

Numer cztery: nie mają szacunku do innych.
Najczęściej zauważalne: wszędzie.

        Strasznie śmieszyło mnie, gdy pierwszego dnia, wprowadzając obcojęzycznego pacjenta do gabinetu, dostałam kopniaka w piszczel od starszej pani. Gdy obejrzałam się przez ramię, udawała, że nic się nie stało. A jednak siniak został ze mną na tydzień, może półtora. Potem jednak zaczęłam sobie myśleć, że tak właściwie za co to było? Za wykonywanie pracy. Za wprowadzenie pacjenta zgodnie z kolejką, czego starsza pani nie wiedziała, bo przecież wysiedziała sobie swoje miejsce do gabinetu. Co z tego, że nie była zapisana. 
        Po drugim tygodniu takie przypadkowe kopy w kostki, komentarze za plecami tylko tak, żeby dobrze słyszała, w sumie ani mnie już nie dziwiły, ani nie bawiły, a teraz to już w zasadzie dziwię się, jeśli nic się nie stanie w przeciągu godziny. Czasami naprawdę zaskakuje mnie, gdy słyszę, jak ludzie zwracają się do mnie lub koleżanek z pracy. Nigdy bym nie odważyła się nazwać osoby, która wykonuje dla mnie jakąś usługę beznadziejnym lub, tym, co w sumie nawet słyszę częściej, ku*wą. Ot tak, ludzie potrafią wyrzucić z siebie w czyjąś stronę tony przekleństw za nic. 
        Wypisujesz dokumenty? Źle, mogłabyś to zrobić szybciej, do cholery? Nie potrafisz czegoś znaleźć? Niekompetentna s*ka. Nie możesz kogoś zapisać, ponieważ terminy do lekarza, który jest jedynym specjalistą w okręgu trzech stanów, sięgają końca 2039 roku? Samolubna ku*wa, pewnie trzyma dla kogoś to miejsce.
        Osoby, z którymi tam pracuję, choć moja przygoda już się kończy, to najlepsze osoby, jakie spotkałam. Serdeczne, pomocne, pracowite oraz przede wszystkim pełne dobrych chęci. Gotuje się we mnie, gdy słyszę, jak ludzie się o wszystko rzucają. Jak wiele ode mnie czy też ich wymagają, bo im się należy. Jak kłócą się o rzeczy, o których nie mają pojęcia. Jak nie potrafią zrozumieć, że nie mają pierwszeństwa, gdy ich skierowanie mówi, że mają tylko lekkie wzdęcia, podczas gdy inna osoba nosi w sobie śmiertelnego raka wątroby. Jak roszczeniowi potrafią być o najmniejsze rzeczy. 
        Zabawne jest, gdy są agresywni (bo inaczej nie da się tego nazwać, to niejednokrotnie jest tylko czysta agresja, gdyby nie było między nami biurka, przysięgam, pobiliby mnie już co najmniej dwanaście razy) w stosunku do siebie nawzajem. Nawet nie do osób w fartuchach. Gdy rzucają się sobie do gardeł, jakby pięć minut miało ich zbawić. A wiecie o co? O  n u m e r e k  do gabinetu. Takie momenty akurat bywają moimi ulubionymi.
        Większość tego wszystkiego po mnie spływa, szczególnie gdy grozi mi mężczyzna, którego na spokojnie mogłabym złamać jedną ręką, bo sięga mi do klatki piersiowej i jest wagi pietruszki pewnie dlatego tak bardzo się ceni. A nawet nie ćwiczę! 
        Pomyślałam jednak, że takie historie, czy doświadczenia, są ciekawe do podzielenia się, szczególnie z osobami, które nie pracują w takich miejscach. Słuchajcie, przysięgam, że sama już w tym momencie czasem nie chcę prosić o ketchup, jak mi go ktoś nie dał w McDonaldzie, bo widzę, że ma ciężki dzień. Jednak serio, wolę być tego typu osobą, bo wiem, jakim objawieniem jest człowiek, który przychodzi i prosi o coś, a co więcej – nie ma z niczym problemu. A nawet jeśli ma, potrafi go przedstawić w cywilizowany sposób. Powie dzięki, miłego dnia, wszystko gra. Osobiście, jestem gotowa czyścić takim osobom buty własną koszulką. 
        Zatem tak, to mi ostatnio chodzi po głowie. Jakby ktoś mnie szukał, będę w swoim pokoju, zapewne pisząc książkę opartą na własnych i cudzych doświadczeniach z pracy. Szukajcie w księgarniach pod tytułem Dwa i pół miesiąca w służbie ludzkości.


Komentarze

Popularne posty