Byle do wakacji
Ostatnie dwa miesiące chciałabym podsumować paroma prostymi słowami. Nie sądzę, by było mnie stać na wymyślne porównania właśnie w tym momencie, kiedy siedzę szczęśliwa przy biurku, z nogami przełożonymi przez podłokietnik fotela, ze świadomością zbliżającej się szkoły. Już za paręnaście godzin.
Nie chciałabym tutaj zaznaczać, że szkoła jest dla mnie obowiązkowym piekłem, które przeklinam przy każdej okazji, bo nie byłoby to prawdą, choć zapewne dotarłoby do wielu serc nieszczęśliwych uczniów, którzy już jutro podzielą mój los i zwloką swoje cienie z łóżek, by odespać resztę w niewygodnej ławce. Cóż, mimo całego mojego szacunku do wspaniałych przedmiotów humanistycznych, które czekają na mnie w tym roku, jestem szczęśliwa z całkiem innego powodu.
Przez ostatnie dwa miesiące przeżyłam możliwie najlepsze chwile, jakie dotąd rzucały mi się pod nogi. Zadaję sobie pytanie, co tak bardzo różniło te wakacje od trzech poprzednich, skoro powtarzałam ich schemat, jadąc w te same miejsca, widując się z tymi samymi ludźmi, odsypiając godziny na tej samej poduszce. Po części, może być to sprawką tego, że jestem pewna – duża część rzeczy, które się wydarzyły, nie powtórzy się kolejnego roku (jak na przykład obozy, bo jest się już za starym). Jednak znacznie bardziej przekonuje mnie to, że po prostu pokochałam mini podróże, którym oddawałam się w tym roku, a czego nie robiłam w latach poprzednich.
Takim sposobem udało mi się odwiedzić miasta od Gdańska poczynając, na Wrocławiu kończąc, zobaczyć się ze znajomymi, których dotychczas miałam okazję zobaczyć tylko raz w roku, przesiedzieć wiele godzin w pociągach (lub na nie czekając) oddając się rozmowom z przypadkowymi towarzyszami podróży, jak na przykład szalona chrześcijańska rodzinka, chłopak z typowego familoka, który prowadzi schronisko dla psów, kobieta w sędziwym wieku, która zwiedziła pół świata. Moment podekscytowania, gdy już wysiadasz z transportu i wita cię na miejscu uśmiechnięta twarz znajomego, kolegi, może nawet z czasem przyjaciela, nie jest równy niczemu, czego dotąd doświadczyłam. Wszystko to nadało temu dotąd stale typowo wypoczynkowemu okresowi w moim życiu jakiś taki fajny smaczek przygody, za którym pewnie będę tęsknić w roku szkolnym, obserwując jak kreda ściera się o tablicę, o ile nie uda mi się częściowo stąd uciec.
Na podsumowanie dwóch miesięcy wakacji składa się również wiele pożegnań, choć wiem, że nie będą one stałe. W większości dotyczą one ludzi, których przecież już za niedługo zobaczę. Jednak są również pożegnania z miejscami, w których nie przeżyję już tych samych chwil, mimo kolejnego powrotu, choćby by pozwiedzać. Jednym z takich pożegnań jest krótkie adieu do murów Zamku Czocha, którego nie miałam okazji w tym roku odwiedzić, a za którym tęsknić będę jeszcze długo.
Gdzieś na przełomie lipca i sierpnia, kiedy stacjonowałam w oazie ciszy i braku internetu, Poroninie, naskrobałam krótki tekst, którego celem było opisanie pierwszych rzeczy, które widzę, gdy podnoszę wzrok znad ekranu laptopa. Choćbym przeklinała, biła i krzyczała, nie potrafiłam spojrzeć na tak dobrze znane mi miejsce, bez jakichkolwiek uczuć i sentymentów, które na pewno w samym opisie są widoczne. Mimo to, pozostaje on jednym z moich ulubionych opisów (jakie mi wyszły), a przy którym z łatwością jestem w stanie wyobrazić sobie to miejsce i przywołać je w pamięci, co daje mi lekkie poczucie tęsknoty, ale też i szczęścia z dni, gdy tam byłam.
O tym co to miejsce dla mnie znaczy i jak wiele genialnych wspomnień tam uzbierałam na pewno będę wspominać jeszcze nie raz. A tak na sam początek Skołtunionego, a zarazem i koniec wakacji, zarzucam zajawkę pełną porównań krzaczków do tańczących ludzi, bo wtedy wydawało mi się być to adekwatne, a to uczucie jeszcze mi nie przeminęło.
A z tego miejsca z całego serca dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że były to najpiękniejsze i najpełniejsze szczęścia dwa miesiące w moim życiu.
A z tego miejsca z całego serca dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że były to najpiękniejsze i najpełniejsze szczęścia dwa miesiące w moim życiu.
––––––––––
Rząd krzewów otula obszerny skrawek ziemi, który znacznie różni się od miejsca,
w którym siedzę. Jego powierzchnię pokrywa nierówna płachta trawy, ostrożnie muskana resztkami wiatru, który hula wyżej, trącając gałęzie niewielkich drzew, poruszając liście, głaszcząc czubki sporadycznych choinek. Czasem oświetla to wszystko łuna światła, która pojawia się mozolnie, jakby nie potrafiła zdecydować, czy powinna się w ogóle wychylać, jednak kiedy już dochodzi do konkluzji, ogrzewa ludzi, siedzących na huśtawkach, poruszających nogami w powolnym rytmie, który po dłuższym czasie zamienia się w rutynę. Wyglądają jakby próbowali dostosować się do kierunku wiatru, czasem przed nim uciekając, czasem napierając na niego, w tył, w przód, prawie jak w walcu wiedeńskim, ostrożnie jak w walcu angielskim.
Głosy dzieci rozchodzą się echem, niemal zagłuszane przez ćwierkanie ptaków, co sprawia wrażenie czegoś, co mogłam sobie tylko wyśnić. I znów cisza. I dźwięk. I cisza. Gdy zamykam oczy, słyszę dokładniej niejasne rozmowy, gdzieś daleko, śmiech i krzyki. Trzask drzwi samochodowych, pomruk silnika, ciężki, równie ospały, równie leniwy jak wszystko dookoła, równie senny jak szelest listków krzewu naprzeciwko, które uderzają o siebie nawzajem ostrożnie, łopoczą i przypominają brzęczące bransoletki hinduskich tancerek.
Całość wydaje mi się tak oderwana od rzeczywistości, tak dziwnie spokojna, tak lekka
w swoim istnieniu. Tak świadoma swojego bytu i pogodzona z nim w całości, wraz ze swoimi zaletami oraz wadami, które nie stanowią większego problemu w porównaniu z całością ostoi, którą tworzy. Pewna siebie jak tango, pełna delikatności i niepewności niczym najpiękniejsza choreografia baletu. Jakby na potwierdzenie tych słów słyszę z daleka cykanie świerszczy, który dociera do mnie dopiero, gdy wszystko inne milknie na sekundę.
Gdy całość na moment wraca do realnego świata, a ja nadal tutaj pozostaję i nigdy nie chcę kończyć tańca, który dopiero rozpoczęłam.



Pierwsza łza, która spływa mi po policzku przepełniona jest sentymentem. Druga odzwierciedla wzruszenie. Kolejne płyną z pomieszanym uczuciem. Uczuciem, które koli w serce, a jednocześnie sprawia, że serce rośnie. W ten sposób jest to dla mnie tak piękne
OdpowiedzUsuń