Co czyni książkę złą?

        Doprawdy znakomitą zabawą jest przeglądanie swoich starych tekstów,  w poszukiwaniu błędów lub inspiracji. Częściej zdaje się tego pierwszego, ze względu na niepohamowaną chęć nauki na własnych błędach. Tak też przemierzam od czasu do czasu zapyziałe foldery mojego Juliusza, poszukując czegoś, co niekoniecznie nadaje się do usunięcia, a nawet można wynieść z niego coś wartościowego.
        Tak też natknęłam się na coś, co początkowo ozdobiło strony szkolnej gazety dwa lata temu, a co teraz jest po prostu dla mnie miłą lekturą, z której wyniosłam parę wniosków, do dzisiaj z resztą przydatnych. Otóż Co czyni książkę złą? jest jednym z moich pierwszych felietonów, do którego przygotowałam się całą godzinę, nurkując w granicach internetu, w poszukiwaniu jakiejkolwiek odpowiedzi na moje pytanie. Pamiętam, że gdy nareszcie dotarłam do niej, poczułam rozpierającą mnie dumę, choć była ona dość oczywista, jarząca się gdzieś z tyłu mojej głowy, by po odczytaniu jej powiedzieć jedynie: "A, no w sumie racja."
        Zatem lektura, gotowa do odczytania. A ty?




------------------
        Ostatnim razem kiedy moja rodzicielka zaproponowała mi gruntowne sprzątanie mojego pokoju, przydarzyło mi się coś, co spotkało każdego przynajmniej raz w życiu. Spadła mi książka. Tak po prostu. Schyliłam się, żeby ją podnieść i w tym momencie zamarłam w bezruchu. Na podłodze leżał „Zmierzch” autorstwa Stephanie Meyer. Przyznam się, że kiedyś przeczytałam tę książkę, jak prawdopodobnie większość z Was. Jednak nie pamiętałam, bym kiedyś ją kupowała. Założyłam więc, że musiałam ją pożyczyć i ostatecznie nie oddać, za co serdecznie przepraszam jej właściciela, choć prawdopodobnie wyświadczyłam mu przysługę.
        Kiedy tak stałam, wpatrując się w „Zmierzch” coś zaskoczyło mi w głowie i pomyślałam „Hej, znam chyba raptem kilka osób, które nie twierdzą, że to najgorsza książka na świecie.” Nie chcę tutaj nikogo obrażać, ale będę się upierać, że nie należy ona do wybitnych. Ani nawet dobrych lektur. Po chwili wróciłam do rozmyślań. „W takim razie, czy istnieje taka lista najgorszych książek?” Chwyciłam komputer w ręce i rozpoczęłam poszukiwania. Zajęły mi one nie więcej niż piętnaście minut, choć początkowo szukałam stron w języku polskim, dopiero później zorientowałam się, że potrzebuję bardziej światowego porównania. I rzeczywiście, angielski mnie nie zawiódł. Strona nazywała się „The Worst Books Of All Time”.
        Rzuciłam okiem na ilość pozycji na liście. Cztery tysiące. W tym, z każdym kolejnym odświeżeniem adresu internetowego, przybywały kolejne. Uśmiechnęłam się pod nosem, tym razem patrząc na samą listę i zauważając, że Stephanie Meyer mnie nie zawiodła, chlubnie dzierżąc tytuł najgorszej pisarki wszechczasów wraz ze swoimi powieściami z sagi „Zmierzch”, które zajmują pierwsze cztery miejsca. Tuż po niej znajdziemy wszystkie części „50 Twarzy Greya”, parę biografii Justina Biebera oraz „Niezgodną”. W pierwszej setce zdecydowanie przeważają książki o socjologii.
        Co mnie jednak zdziwiło? Wśród nich znalazłam takie klasyki jak przykładowo „Kod Leonarda da Vinci”, „Duma i Uprzedzenie” czy też pierwowzór znanego musicalu „Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu”. To zastanowiło mnie jeszcze bardziej. Naprawdę istniała taka lista, ale co sprawiło, że ludzie jednakowo odbierają daną książkę? Co przykuło ich uwagę i tak bardzo przeszkadzało w odbiorze lektury? Odpowiedź może wydawać się prosta. Zła i bezsensowna akcja, bardzo nieprzemyślany pomysł, mętni bohaterowie, kiepskie wątki poboczne. Jednak czy mogło być coś jeszcze? Takie pytanie zadałam również wujkowi Google. 

        Czego się dowiedziałam? 
Zdecydowana większość osób twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak książka dobra i zła. Tłumaczyli to tym, że jeżeli lektura ich wciągnie, sprawi, że wstrzymają oddech, to znaczy, że jest ona „dobra”. Te, które tego nie zrobią, prostu są odrobinę gorszę.

        Dla mnie jest to oczywistym kłamstwem. Czytałam wiele powieści, które nie wmurowały mnie w fotel, a jednak uznałam, że są świetne. Pamiętam tylko jedną sytuację, kiedy naprawdę strzępiłam sobie nerwy przez genialnie napisaną akcję. Były również takie, które zapowiadały się dobrze, lecz po pierwszym rozdziale dosłownie nie mogłam, po prostu nie potrafiłam się zmusić do dalszego czytania, bo były koszmarne.
        Przez kolejne pół godziny przemierzałam zakamarki Internetu szukając bardziej sensownej wypowiedzi, kiedy ostatecznie zderzyłam się z bardzo miłym panem, studentem psychologii, który powiedział mi dokładnie to, czego szukałam, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy.


        Otóż wszystko zależy od języka, jakim posługuje się autor. Według mojego nowego kolegi, jeżeli pisarz myśli, że to postacie i świat przedstawiony nagnie się do jego stylu wymowy, nic nie osiągnie. Czytelnik odbierze całość jako marny żart. To sam artysta, musi się dostosować, niczym Sienkiewicz podczas pisania „Krzyżaków”, do czasu, charakteru narratora, miejsca akcji. Ważną rolę, tak jak wspomniałam już wcześniej odgrywają opisy. Jeżeli jest ich za dużo – większość podczas lektury znudzi się brnięciem przez dokładnie rozpisane rozmieszczenie plam na liściu pobliskiego drzewa (choć znajdą się również tacy, którzy bardzo chętnie się za to zabiorą). Jeżeli opisów jest za mało lub skupią się one na naprawdę nieważnych błahostkach (jak na przykład kolor i faktura siateczkowej koszulki głównej bohaterki, bo przecież to właśnie jest idealny sposób na rozpoczęcie książki) czytelnik automatycznie poczuje pewne odrzucenie i niechęć, a przede wszystkim brak potrzebnej wiedzy. Miły student psychologii podsumował to wszystko ładnie i zgrabnie :
        „Człowiek to nie jest istota myśląca, tylko odbierająca wszystko tak, jak zostanie to podane. Dlatego powinieneś zadbać o to, by konsystencja dania nie przysporzyła go o mdłości.”

Komentarze

Popularne posty