Tejbltopy i dlaczego TAK

Siedzimy przy stole. 
Ja jestem Mistrzem Gry. Tworzę fabułę, czyli historię, w której osadzam postacie stworzone przez innych graczy. Moim zadaniem, jako narratora, jest tę drużynę przez historię przeprowadzić, najczęściej odgrywając postacie, które drużyna napotyka na swojej drodze. O tym, czy coś się uda, czy nie, decydują rzuty określonymi kostkami.
Uwaga: zawiera śladowe ilości roleplay'u.



        Niecały rok temu, zostałam pełnoprawnym, całodobowym Mistrzem Gry. 
Uczucie – cudowne. Widząc twarze członków mojej kampanii, którzy (a raczej które) wyczekiwały następujących wydarzeń z sercami w gardłach, uśmiechami zastygłymi na ich ustach, dłońmi gotowymi do notowania każdej informacji, czułam, że w sumie mogę to robić non stop. Oczywiście do czasu.
        Po siedmiogodzinnej sesji, która w całości przebiegła tak gładko, jak tylko mogła, czułam się fantastycznie zmęczona nowym doświadczeniem. Usłyszałam: Nigdy nie bawiłam się tak dobrze, po prostu siedząc przy stole. Tak też zaoferowałam kontynuowanie jej i stworzenie regularnej kampanii, osadzonej w świecie mojego one-shota. Co prawda, po dwóch następnych miesiącach gry ciężko było mi się przyznać, że gram, jako Mistrz, bez absolutnie żadnych notatek, całą historię mając jedynie w głowie (czego definitywnie nie powinnam robić), ale dawałam sobie radę. Głównie spędzając długie godziny na próbach przypomnienia sobie jak właściwie wyglądała ta postać, gdy drużyna ostatni raz ją widziała.

        Skąd się to wzięło? Poprzez dobrych ziomków, dobrnęłam do podcastów, bazujących na systemie gry Dungeons&Dragons (m.in. Critical Role). Słuchając każdego kolejnego odcinka, byłam zachwycona tym, w jak prosty i zabawny sposób można opowiadać ludziom historie, zajmować rozrywką, która nie nudzi, zainteresować czymś, co naprawdę długo przygotowywałeś. A wszystko to przy stole, nie ruszając się ze swojego krzesła. Jako, że chęć zagrania i stworzenia swoich postaci była zbyt silna – musiałam znaleźć wyjście. Jednak brakowało mi najważniejszej rzeczy, bez której żadna sesja się nie odbędzie. Mistrza Gry.
       Parę godzin później nim zostałam i byłam w trakcie tworzenia mojej pierwszej sesji.

        Będąc od zawsze zafascynowana aktorstwem, kwestią czasu było odkrycie LARPów (Live Action Role Play), choć ich organizacja zawsze wiąże się z większymi przygotowaniami niż sesja RPG tabletop. Gdybym miała w sobie nieco mniej lenistwa, najprawdopodobniej z zaangażowaniem nauczyłabym się każdej edycji mechaniki Dungeons&Dragons, by być pełnoprawnym MG. Jednak do dzisiaj przeczytałam podstawowe podręczniki jedynie raz. Zaciągam ich wiedzy jedynie, kiedy brak mi potworów, które mogłabym postawić na drodze drużyny, a i tak prowadzę. Da się? Da się.

        Zatem czym różnią się te dwie rzeczy. LARPy cechują się odgrywaniem wszystkiego w czasie rzeczywistym, włączając w to przygotowania strojów, lokalizacji, personalizacji postaci.W tym drugim przypadku (RPG tabletop), wszystko dzieje się w czterech ścianach. To, czego potrzeba: minimum trójka ludzi, zeszyty i kartki, parę kostek i brak oporów do zrobienia z siebie idioty, gdy odgrywasz starszego marynarza w porcie, który nie ma ochoty ani na rozmowę, ani tym bardziej na wypożyczenie drużynie swojej łódki. 
        I stół. Nigdy nie zapominaj o stole.

        Dlaczego?
        Dla zabawy.

       Sesje erpega, to nie tylko siedzenie przy stole i patrzenie na siebie, czy zajmowanie się skrobaniem w zeszytach. Zrozumcie, tam się odbywają prawdziwe podróże. 
        W ciągu paru godzin, wszyscy razem pokonują armię orków, włamują się do banku, odwiedzają karczmy, śmieją się nad przegraną w kości i płaczą nad zabitą owcą. Kiedy tak naprawdę nikt nie opuścił jednego pomieszczenia. W jednej chwili spoglądam na siedzącą po mojej prawej stronie osobę, grożę jej śmiercią, niemal przyciskając sztylet do gardła, a w drugiej omawiamy to, jak intensywna i stresująca była to scena, zajadając się pizzą i wymachując rękami z podekscytowania. 
       Każda sesja to co najmniej godzina przygotowań, jeśli jesteś na tyle niezorganizowaną osobą jak ja, ale warto włożyć w to wysiłek w każdym calu. Szczególnie, gdy po drodze wpada ci pomysł na kolejną fabułę, nad którą pracujesz z większym zaangażowaniem i używaniem notatek. Poza tym, jest to również dobry sposób na spotkanie towarzyskie, pośmianie się z siebie nawzajem i po prostu na moment odpłynięcie w świat absolutnej abstrakcji. 
       A tego czasami każdy potrzebuje. Wystarczy znaleźć na to swój sposób.


       Dodatkowo, czasami po drodze dostajesz od swoich graczy czy to fanfiction, czy fanarty, które zatrzymujesz sobie już na zawsze, bo jest to dobra pamiątka wszystkiego, co wasze postaci razem przeżyły.








––––––––––––––––––––––
       A innymi razy sam tworzysz dodatkowe rzeczy, które nie mają większego wpływu na fabułę, ale potrafią nieco zmobilizować graczy, którzy boją się o życie swoich postaci równie, co o swoje własne. 




       


KRONIKI L. 
(przeznaczone do wglądu własnego)

        Plotka o najemnikach, którzy odnaleźli krasnoludzkie dziecko, szybko obiegła Arkanath, zaglądając w nawet najciemniejsze kąty tego oblazłego zbrodnią miasta. Jej siła była na tyle uparta, że wzbudziła zaciekawienie wśród branżystów, podziw wśród mieszczan, radość wśród władz, którym z barków spadła odpowiedzialność, zdziwienie u tych, którzy próbowali najemników odnaleźć. Co ważniejsze, dotarła też do mnie. 
        Nie minęło długo, nim opowieści o drużynie bohaterów owinęły się wokół mojej głowy jako woal tajemnicy, której rozwiązanie powziąłem sobie za cel. Ludzie gadali, iż jedyną rzeczą, która pozostała po ucieknierach była ich martwa towarzyszka, którą pochowali na najdalszej polanie, wśród śpiewu ptaków i obecności zwierząt leśnych. Tam, gdzie jest choćby cień istoty żywej, są również legendy. Nieustannie zmieniane i koloryzowane opowieści, które niesie wiatr, a ludzie ich słuchają. Przyszedł też dzień, kiedy lekki podmuch historii pewnego kupca, który odwiedził nagrobek martwej elfki, wleciał przez okno mojego domostwa. 
        Odnalazłem to miejsce z łatwością, szybko uznając, iż opowieści przesadzały w swych opisach okolicy. Mimo, że całość nie sprawiała wrażenia przemyślanego grobu, żółte tulipany rosnące przede mną wyglądały na zadbane i zdrowe. Niechętnie przyznałem, iż mógłbym polubić to miejsce. 
        Grób ewidentnie naznaczony został magią, co łatwo przyprowadziło mnie w progi pobliskiego sklepu Newtana Avaline, najgłośniejszego czarnoksiężnika, jakiego widziało Arkanath. Na miejscu sprzedawczyni imieniem Ayla poinformowała mnie o niemożności rozmowy z właścicielem. Odszedłem z pustymi rękoma. 
        Jakkolwiek, czarnoksiężnik Newtan, jako znana i rozpoznawalna osobistość nie potrafił ukryć się przed spojrzeniami ludzi, których plotki ponownie pomogły mi w odnalezieniu kontaktu. Avaline zdawał się każdego dnia mieć wyznaczony harmonogram, który wypełniał dokładnie. Przemykając w czarnym płaszczu po ulicach Arkanath, był bledszy niż zwykle. Mówiono, że traci swój zmysł magiczny. Mona Avaline, pracująca swego czasu w karczmie brata, udzieliła mi oszczędnej informacji o chorym krewnym i złym stanie psychicznym owego maga. 
        Po upływie dwóch miesięcy i pojawieniu się konkurencji na rynku gastronomicznym „Dwa Błazny” ostatecznie zostały zamknięte, stając się tylko zwykłą ruderą, powoli zapełnianą przez bezdomnych. Właściciel, Newtan Avaline, natomiast zaangażował się w całodobową pracę w swoim sklepie, który nazwał skromnie „Mistyczne towary Avaline”. Jakkolwiek, nie uszło mej uwadze, iż poza splajtowaniem jego karczmy oraz prawdopodobnie nienajlepszym stanem finansowym, czarnoksiężnik na powrót pełen był energii i żywotności, nie zaprzestając wybierania dość rzucających się w oczy, kolorowych szat. Jedyną zmianą, która zaszła, była ewidentna różnica koloru włosów, teraz przeplatanych jednym siwym pasmem. Niemal niewidoczna, gdy polimorf starał się ją zakryć. 
        Minął kolejny miesiąc, spotkałem czarnoksiężnika osobiście, przed jego sklepem. Nie kwapiąc się do rozmowy o samym sobie, dowiedziałem się, iż jest w stanie pomóc mi odnaleźć drogę do drużyny najemników, których Newtan decydował się nazywać „bardzo mu drogimi”. Zaoferowałem odpowiednią zapłatę, by następnego dnia zjawić się w tym samym miejscu, gotowy do drogi, lecz zasłyszałem urywek rozmowy maga z elfem, który jak się okazało zostać miał moim towarzyszem na bardzo krótki moment. 
        Aimon Taurë, elf leśny, domniemany zabójca króla Irmira, jedyny ocalały ze wszystkich Hud’o Libertui nie przypominał dowódcy śmierci, o którym tak wiele mówiono na Północy. Nie przypominał nawet samego siebie, co zauważyłem, gdyż przyszło nam spotkać się daleko w przeszłości. Włosy jego zdawały się wypłowieć, oko stracił w walce, nosił lekką zbroję druidzką w odcieniu borowej zieleni, w ranionej i owiniętej bandażem prawej dłoni dzierżąc miecz oplatany przez grawerowaną winorośl. Nigdy nie czułem tak wielkiego zdziwienia niż w momencie, gdy Taurë uśmiechnął się. A uśmiechał się szczerze, mimo ewidentnego bólu, wywołanego przez ciemne jak dusza bogini Knou przekrwienia, ciągnące się wzdłuż jego twarzy, aż po klatkę piersiową, wypływające ze zmarnowanego i sinego oczodołu. 
        Libertui z gwizdem na ustach wyklinał rasę goliacką oraz wszelakich magów krwi w akompaniamencie donośnego śmiechu Newtana Avaline, który trzymał jego drugą dłoń w swoich, życząc mu spokojnych fal. Taurë poprzysiągł powrócić, co wywołało u mnie lekki śmiech, gdyż znane były mi historie o dowódcy Hud’o, który nigdy nie zastał w jednym miejscu na stałe, ciągnięty przez zew świata, który czekał na odkrycie. 
Gdy tylko pojawiłem się w zasięgu ich wzroku, Newtan puścił dłoń elfa witając mnie niekoniecznie chcianym uściskiem, po czym bez większych problemów utworzył błękitną ramę portalu, gestem zapraszając mnie do środka. Nie chcąc czekać, stanąłem przed nią, nie odwracając się, by pozwolić im na pożegnanie. 
Aimon dołączył do mnie po dłuższej chwili z kpiącą imitacją uśmiechu, krótko się przedstawiając, najwyraźniej nieświadomy naszej znajomości. Później wkroczyliśmy w ciemność. 

        Pojawiliśmy się ponownie w ciemnej uliczce, na zapleczu kolejnego sklepu Newtana Avaline, a zapach, który mnie uderzył był tak intensywny i charakterystyczny, iż od razu rozpoznałem miasto, w którym wylądowałem. Przeklęte K’argan. 
        Na końcu ulicy znajdowała się grupa goliackich bandytów i najwidoczniej nie dane było mi oraz memu towarzyszowi uciec przed ich wzrokiem, gdyż brzdęk stali ich mieczy rozległ się niemal od razu. Taurë wyciągnął w moją stronę dość duży sztylet, zauważając mój brak uzbrojenia. Odmówiłem, mimo jego zapewnień, że tylko w walce poczuję czym jest życie. Dostrzegając dla mnie drogę ucieczki, którą był niewielki mur, zza którego dobiegał mnie hałas życia ulicznego, skinąłem elfowi na pożegnanie głową, dodatkowo wykonując elficki gest szacunku. 
        Aimon Taurë wzruszył ramionami, odwracając się do goliatów, gotów by skoczyć w atak ze słowami, które poźniej bez problemu przetłumaczyłem z elfickiego na „za moich ludzi”: 
        – An nin nur, sukinsyny. 

        Udało mi się uciec, nim skrzyżowali swoje miecze. Zakładając kaptur na głowę, pozwoliłem K’argan mnie pochłonąć, w poszukiwaniu kolejnych historii grupy najemników, którym nie uda się przede mną uciekać wiecznie. 

        Tego, jestem pewien. 



Komentarze

Popularne posty