Ogólnolistopadowa śmierć pozagrobowa

        Zaczął się, moi drodzy, listopad. Miesiąc, który pięknie rozpoczynamy pielgrzymkami na groby i do kolejek sklepików przy cmentarzach, gdzie znaleźć można najprawdziwsze piernikowe skarby za parę groszy. Ludzie wyruszają z domów w atmosferze poczucia obowiązku, żeby to uhonorować zmarłych. Tłuką się w korkach na msze, sprzątają 
w domach. Wszystko to pod szarym niebem, które zwiastuje nadchodzący okres pluchy, wilgoci i błota na ulicach. Starcy wybywają z domu rankami po bułki do sklepu. Pokolenie nieco młodsze leci do pracy. Dzieciaki – wiadomo. No, już.
       A w tym wszystkim ja. 
Uczeń, w którego głowie po dwóch miesiącach nauki przeszedł Orkan Ksawery i zostawił absolutny chaos, co można nie tylko dostrzec w szkolnych notatkach, których jakość spada 
z każdą chwilą, ale również na biurku, w pokoju, w tym jak bardzo nie chce się już schludnie ubierać każdego dnia do szkoły, więc wszystkie przygotowania kończą się na spięciu włosów w bardzo brzydki kucyk, narzuceniu na barki koszuli i wybyciu ociężale w parominutową podróż do miejsca, które dane mu jest oglądać częściej niż by pragnął. Nadszedł ten moment w roku szkolnym, kiedy jakakolwiek nadzieja na powrót zapału do pracy ginie wraz 
z kolejnymi ocenami, sprowadzającymi na ziemię z impetem, łamiąc kości, raniąc ego, depcząc nerwy. W ogólnym pojęciu – zabijając najmniejsze marzenia o byciu piątkowym uczniem. Nazwijmy to ładnie, od nazwy miesiąca, w którym przecież zmarli mają swoje największe święto. 
                Dopadła mnie Ogólnolistopadowa Śmierć Pozagrobowa.

        Co roku, odkąd pamiętam lata chodzenia do szkoły, i jestem w stanie mniej więcej przywołać w głowie co i kiedy się wydarzyło, zauważam spadek formy, który pojawia się zawsze w okresie listopadowym. Nic dziwnego, pogoda nie sprzyja, ludzie stają się smętni, 
a do tego mijają dwa miesiące roku szkolnego, które w retrospekcji wydają się być jedną wielką porażką, na którą sama sobie zapracowałam.
        Pominę fakt, iż w ogólnym pojęciu jestem średnim uczniem. Wzbijam się na wyżyny moich możliwości jedynie w przedmiotach, które lubię, które uznaję za przydatne i które zapamiętuję na długie lata (patrz: humanistyka). Odrębną sprawą są lekcje, na które uczęszczam, gdyż bez obecności na nich nie będzie mi dane zdać klasy, tak zwane zapchajki (patrz: przyroda).
A już zupełnie samym dnem w okresie listopadowym okazuje się mój największy wróg od, cóż, zawsze. Wspaniała królowa nauk akurat ukazuje się machając do mnie z kartki swoimi pierwiastkami, a mi odpada głowa, choć wszystko rozumiem. Cytując jednego z moich lepszych korepetytorów: "Ty umiesz, ale nie potrafisz." (patrz: dyskalkulia).

        Jednak przecież nie o szkole miałam tutaj mówić. 
Ogólny spadek formy przejawia się również w chęci leżenia 24/7, jakby nie wystarczało, że 
w innych miesiącach roku ta chęć jest niewiele mniejsza. Poza tym pojawiają się ciekawe aspekty życia, które bardzo kocham, a które w listopadzie nabierają wyraźniejszych kształtów i przedzierają się do mnie, jakby domagały się uwagi. Tak też nastaje nowy dzień, zwlekam się z łóżka, lecę do szkoły, wracam. I tak jak w tym momencie normalnie usiadłabym do biurka, spojrzała chociaż na lekcje, nauczyła się (a trzeba zaznaczyć, że przy problemach z matematyką, codziennie siedzę nad nią bardzo długo) (nie żeby to miało jakieś efekty) (no co ty), tak w tym momencie z kuchni woła mnie saszetka pysznej herbaty 
z miodem, z łóżka wzywa koc, z półki krzyczy książka, którą miałam przeczytać już dawno temu. Jak mam się oprzeć?

        Wtedy, gdy człowiek już się skusi, a robi to często, opatula się pościelą w ciepłym łóżku, w swetrze, z książką przed nosem. Człowiek skuszony po prostu przestaje istnieć. Co tam obowiązki, co tam praca, nic już nie ma znaczenia, gdy kokon spokoju owija się wokół niego cieplutko i uspokaja, szepcząc w uszko same miłe słówka (patrz: prokrastynacja).
       Przede wszystkim, wtedy umierają jego plany, rzeczy z listy "to do", chęci do wszystkiego. Człowiek w tym momencie umiera trochę niedosłownie, ale przynajmniej ma święty spokój na jakąś krótką chwilę. Człowiek musi sobie na ten czas pluchy i chłodu znaleźć ciepłe schronienie, niemal gawrę, bo w zasadzie to się tylko liczy. Człowiek spokojnie dotrwa do grudnia, jeśli pozwoli się mu marudzić ile wlezie, a poziom bullshitu, który jest na niego codziennie zrzucany nie przekroczy normy. Cóż, przetrwajmy moi drodzy. 
        Ot, taką Ogólnolistopadową Śmierć Pozagrobową.





––––––––––––––––––––






KONIEC ŚWIATA
(na pocieszenie)




        Opisać koniec świata jest bardzo trudno.
Przede wszystkim dlatego, że każdy widzi go inaczej. Jedni wyobrażają sobie wielką apokalipsę zombie, inni wierzą w ogromny meteoryt, który uderzy w planetę i zrówna z ziemią całą znaną nam cywilizację. Niektórzy twierdzą, że Słońce wybuchnie, Niebo spadnie, a ludzie albo spłoną żywcem, albo zostaną przygnieceni. Są też tacy, którym koniec świata wyznacza specjalny kalendarz – tyle, że kalendarz nie wyjaśnia, jak to się stanie. A jeszcze inni nie wierzą w nic. Tak jest im może łatwiej lub też nie znajdują przekonującej teorii. Na co komu rozważać nad losem świata, który może się skończyć dopiero za miliardy lat? Powiem Wam w sekrecie, że właśnie te niedowiarki są najbliżej prawdy, gdyż mój dobry przyjaciel uznał, że nie ma czasu na zaplanowanie niczego w stosunku do Ziemian i ich domu.
        Znajduję się na Ziemi od samego początku.
Pamiętam, jak Wszechświat stwierdził, że brakuje mu czegoś, co nie poddawałoby się jego woli. Czegoś, czego nie potrafiłby kontrolować, tak jak wszystkich innych rzeczy. Oczywiście nie mógł też pozwolić, by taki, powiedzmy, twór był całkowicie nieograniczony. To równałoby się zagładzie wszystkich nas. Dlatego na straży swojego nowego stworzenia postawił mnie. Nie było mi łatwo się na to zgodzić, gdyż musicie wiedzieć, że miałem wówczas ręce pełne roboty. Planety, gwiazdy, nieboskłony, konstelacje – każdy wytwór Wszechświata musiał dotrwać do swojego końca. A już moja w tym była głowa, by wszystko go spotkało.
        Ostatecznie mój druh uznał, że sam potrafi o to zadbać, a mi przydzielił bardzo proste zadanie, jakim było zwyczajne pilnowanie tak zwanej ludzkości. Zaraz też nastąpił Wielki Wybuch i zaczął się mój etat.
        Przyznam, że nie łatwo było mi się przyzwyczaić do widoku ludzi. Wszechświat musiał bardzo dobrze się bawić, gdy Was tworzył. Doprawdy, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy podobni. W każdym z Was widzę małą część siebie, co tylko sprawia, że moja praca jest jeszcze trudniejsza. Nie każdy ma okazję kończyć żywot samego siebie co najmniej sto pięćdziesiąt dwa tysiące razy dziennie. Pocieszają mnie słowa mych dwóch dobrych towarzyszy niedoli, których Wszechświat również zaprzągł do pracy na Ziemi: Słońce mówi, że jemu tak naprawdę nic nie przeszkadza. Może jego zdanie nie należy do podnoszących na duchu, jednak jest wybitnym słuchaczem, jeżeli tylko masz odwagę się do niego zbliżyć. Przy pierwszym kontakcie jest nieco oschły. Niebo natomiast rozumie moją sytuację. Jej jest mi najbardziej żal. Kiedyś była ulubienicą Wszechświata. Nie oddawał jej żadnej planecie, gdyż jako jedyna z jego licznych nieboskłonów, posiadała niebieski kolor. Teraz utknęła tutaj tylko ze mną, Słońcem i około siedmioma miliardami ludzi.

        Pewnego razu zapytałem Wszechświat, czy postanowił zaplanować koniec zarówno dla Was, jak i dla Ziemi. Oznajmił, że nadal nie ma czasu, aczkolwiek jeżeli tylko mam ochotę, mogę się tym sam zająć. Był to czas, kiedy ludzie rozpętali krwawą wojnę. Codziennie zbierałem ich dusze pełnymi garściami, jakby nadszedł czas żniw. Wzruszyłem ramionami i odparłem, by pozostawił wszystko tak, jak jest. Jeżeli jednak ktoś przyparłby mnie do skraju Przestrzeni i nakazał opisać koniec świata, powiedziałbym, że widzę go codziennie – w oczach osób, którym odebrałem ukochaną osobę. Dla każdego wygląda on inaczej. Wszyscy inaczej go odczuwają. Zdaję sobie sprawę, że pod pewnym kątem jestem gorszy od Wszechświata. Zabieram ludziom życia z łatwością, cóż to dla mnie za wysiłek. Ale gdy spoglądam na twarze bliskich odebranej duszy, oni przeklinają za swoje wszelkie swoje krzywdy nie mnie, a właśnie mojego przyjaciela. Ja sam usuwam się w cień.
       Znacznie więcej jestem winien Wam. Dlatego, gdy dochodzę do wniosku, że Wszechświat znowu ociąga się ze stworzeniem końca Ziemi, nie odzywam się ani słowem.
        Wszelkie krzywdy mogę Wam wynagrodzić w tylko jeden sposób.

        Pamiętajcie, że końca świata nie będzie.

Komentarze

Popularne posty