Poza moją głową

         Miałam wypadek.

       Świeżo po wieczornym powrocie z Wrocławia, gdzie pojechałam robić zdjęcia, ciepłe ramiona Morfeusza przyjęły i mnie, trzymając mocno przez całą noc, pozwalały na zadowalający odpoczynek. 
Następujący dzień zapowiadał się fantastycznie, gdyż po smacznie przespanej nocy, przy nienajgorszej pogodzie miałam wybyć na festiwal jedzenia, gdzie za raptem piętnaście złotych mogłeś jeść ile chcesz, a ci co mnie znają, wiedzą, że nie odmówię. No i wybyłam. Z jednym plecakiem, w którym leżały zaledwie dokumenty, lekki zapas gotówki, telefon i łyżwy. 
     Na miejscu spotkałam się ze znajomą. Następnie spędziłyśmy dwie godziny zajadając się kurtoszami, popijając lemoniadę, planując co będziemy robić później. Jednak tak naprawdę to niewiele pamiętam z tego, co się działo dalej. Jak przykładni obywatele, wstałyśmy i zapłaciliśmy. Nadszedł czas na lodowisko, na którym nigdy jeszcze nie byłam, ale często słyszałam, że mają tam świetne warunki.
     Tuż przed wejściem na lód szybkie zdjęcie, śmiechy. A potem też przepychanie się między tłumem, który tak jak my ledwo się trzymał na cienkich kawałkach metalu, sunąc przed siebie. Jak się szybko okazało, w tym samym miejscu przejazdem znalazła się moja dawna przyjaciółka. Szybka wymiana zdań, co u której, jak, gdzie, co dalej. Tuż po skończeniu rozmowy przewróciłam się po raz pierwszy (stacja III), ale szybko się podniosłam.
        Na dziesięć minut przed końcem jazdy, czułam, że sznurowadła w moich łyżach poluzowały się, ale nie chciałam tracić czasu na poprawienie ich. Nie przewidziałam, że za trzy, dwa, jeden, pod moje nogi wpadnie starszy mężczyzna, a ja, już na zero, upadnę z niemałą prędkością, najpierw zahaczając bokiem głowy o barierkę, później tyłem już o lód.
        Lekki ból barku, trochę szyi. Podniosłam się i jechałam dalej. Po drodze przeprosiłam pana, na którego wpadłam, choć tak naprawdę nie jestem pewna czy to moja wina, czy też jego. On kiwnął głową, odjechał dalej. Wszyscy żyją. Przynajmniej tak zakładam. Nie pamiętam tego momentu. 
      Nie zauważam skruszonego lodu na mojej bluzie, na co zwraca mi uwagę znajoma, podjeżdżając. 
       – Przewróciłaś się.
       – No.

       Zeszłyśmy z lodu trochę wcześniej, jedna z moich łyżew poważnie otarła moją piętę, miałam już dość. Przebrałyśmy się, narzekałam na ranę na stopie, znajoma wywyższała wartość długich skarpetek nad takimi do kostki. Wychodząc z lodowiska kupiłyśmy picie w najbliższym sklepie. 
        Zauważyłam, że boli mnie głowa.

       Gdy znalazłyśmy naszą drogę na przystanek tramwajowy, nie czułam się dobrze. Zarówno głowa jak i żołądek dotkliwie dawały o sobie znać. Po przejechaniu połowy drogi powrotnej do domu, musiałam wysiąść, było mi zbyt niedobrze. Chwilę stałyśmy, dopóki mój żołądek nie ogarnął swoich papierów.
       Ostatecznie wróciłam do domu, dla pewności odprowadzona przez znajomą. Nie potrafiłam złożyć zdań, nie mówiłam, jąkałam się i nie pamiętałam słów. Następnego dnia, mimo ustąpienia mojej paniki, nadal mówiłam obrazowo, wskazywałam na rzeczy, czułam się jak dziecko, które dopiero co musi uczyć się mówić. Pisanie szło równie źle, na wieczór pojechałam do szpitala. Zostałam tam na noc.
       Pamiętam to jak przestraszona byłam, pisząc do moich znajomych, że nie mam słów, nie pamiętam ich, a przecież to wszystko co mam. Nigdy nie czułam się tak bezsilna.
        
        Po dobie w szpitalu, zostałam wpisana na własne życzenie i muszę przyznać, że nigdy nie czułam takiej ulgi. Nie mówiłam perfekcyjnie, jednak objawy bólu głowy i nudności ustępują, a na moim wypisie mam wpisany wstrząs mózgu i móżdżku. No fajnie. 
         Potrafię pisać. Z mową jest znacznie gorzej. Jąkam się i zacinam, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam, zawsze będąc osobą, która mówi aż za szybko. I mimo tego, że wiem co chcę powiedzieć, słowa, które opuszczają moje usta są wygięte, nieładne, porozrywane, zmięte i roztarte. Ostatecznie ograniczam się do prostych zdań, choć mam przecież tak dużo do powiedzenia, sposób w jaki mówię mnie męczy. Nie decyduję się na mówienie tego, co myślę. 
       Wieczorem na wigilii klasowej, choć po całym dniu leżenia, czułam się niewyobrażalnie zmęczona. Wyszłam na moment na środek, by powiedzieć co się stało, przeprosić, że przy łamaniu opłatka nie będę mówić i złożyć wszystkim krótkie życzenia w tej chwili. Nie jestem pewna jak dużo z tego co powiedziałam zostało zrozumiane lub czy w ogóle miało sens. Byłam bardzo bliska płaczu z własnej niemożności.

       To, co myślę, poza moją głową jest nieco połamane i różnie dociera do innych ludzi. Jedni rozumieją całość, inni proszą o powtórzenie, inni w ogóle nie rozumieją co mam do przekazania, a ja nigdy nie czułam tak wielkiej frustracji jak w tym momencie, gdy mowa odmawia mi posłuszeństwa, a w wielu sytuacjach była tym, co najbardziej w sobie lubiłam.
        Mam świadomość, że niedługo to przejdzie, choć gdy próbuję złożyć dłuższe zdanie, opuszczają mnie wszystkie chęci i nadzieje. Czy mogą być tego jakiekolwiek pozytywy?
        Podobno częściej się uśmiecham,  a teraz nawet śmieję na to co mówię i jak to brzmi. Zaczyna mnie to tak samo bawić jak innych, gdy mnie słyszą, ale próbują to ukryć, żeby nie sprawić mi przykrości. W zasadzie to wszystko jest całkiem zabawne. Przecież będzie git. 

       Jeśli z tej historii mogą wyjść jakiekolwiek morały, polecam serdecznie kaski na lodowisku.
                       Uważajcie na swoje piękne główki.
     
     



a o innym typie niemożności w mówieniu, opowie narrator. Oto Amadeusz
----------------------------
coś do powiedzenia




        Będąc już w kwiecie wieku, Amadeusz zdał sobie sprawę, że nie ma nic do powiedzenia. Codzień widywał tę samą filiżankę słodkiej herbaty, te same korony drzew za oknem i te same zmęczone oczy w lustrze. I nie czuł nic. Tak jak kiedyś, silny zapach zalanych wrzątkiem ziół obejmował jego zmysły ciepłą ręką inspiracji, tak teraz wydawał się być po prostu kolejną rutyną, której trzymał się uparcie, choć nie przynosiła ona nic więcej, niż myśli o pragnieniu i ogarniającym go zmęczeniu.
       A była to szkoda wielka, bo widzicie, Amadeusz był pisarzem. Może i klepał czasem biedę po barkach, jak starego druha. Jednak to on, był zawsze tym co mówił, co myślał, nie wahał się, zawsze pierwszym w kolejce do dyskusji. I, ech, dla pisarza brak rzeczy do powiedzenia był prawdziwym utrapieniem. I, cóż, nie była to powszechnie znana i niechciana blokada pisarska.
        Tak też, po wielu miesiącach nieróbstwa, które z jednej strony przygniatało go ciężarem strachu przed obowiązkiem pracy, a z drugiej darowało momentami radości i westchnień, Amadeusz przyznać musiał, że naprawdę, nic do powiedzenia już mu nie zostało. A z tak upiornym brakiem myśli w parze szło jedno. Amadeusz pisarzem już nie był.
        Och, rozpaczał tak długo, tak żałośnie. Dopóki nie zrozumiał, że nikt poza nim o tym nie wiedział. Zatem nikomu o tym nie mówił, nie wspominał ni słowem. W międzyczasie skrobiąc piórem po kartce, uderzając palcami w klawiaturę, a nuż pojawiłby się sens w jego słowach, rzecz jasna. Trzymał się swojej tajemnicy wytrwale. Przecież mógł być pisarzem teoretycznym.

        Będąc już w kwiecie wieku, Amadeusz zrozumiał, że może kłamać ile wlezie. Tak jak dawniej, opowiadał jak to zmysły jego porusza zwykła filiżanka herbaty. Jak to, korony drzew nie uginają się na wietrze, napełniając jego głowę weną i uniesieniem. Jak to oczy jego, choć już stare, nadal widzą piękno w codzienności.
        Jego wypowiedzi pławiły się w fantazjach łatwości bycia pisarzem, zahaczając niemal o samozachwyt nad własnym geniuszem twórczym, który w rzeczywistości sięgał jedynie przeciętności. Lecz, dopóki towarzystwo pisarskie radośnie przyklaskiwało na pobudzające wyobraźnię artysty opowieści, tak to Amadeusz trwał w swym kłamstwie. Lubił tłumaczyć swe działania zwykłym faktem, że nic mu do powiedzenia nie zostało. A wiadomo, że ten, co najmniej do powiedzenia ma, ten najwięcej gada.

        Będąc w kwiecie wieku Amadeusz przysiadł na swojej starej kanapie, odpisując właśnie na maila od fana jednej z jego starszych powieści, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nie potrafi już pisać. Zdania wychodzące spod jego dłoni brzmiały twardo i szorstko, układając się w linie, które niemal szpeciły ekran komputera. Amadeusz wzdychał głośno i ciężko, próbując naprawić fatalną treść maila, pełną dziękczynnych życzeń, lecz mimo tego, że gdy wypowiadał myśli swe na głos, te brzmiały serdecznie i uporządkowanie, palce odmawiały mu posłuszeństwa, a im dłużej pracował nad słowami, tym gorzej tylko zawartość maila wyglądała.
        Musiał odłożyć komputer i pomyśleć głęboko przez bardzo długą chwilę. Wydawało mu się możliwym, że zbyt skupiał się na tragedii swojego braku myśli. A przecież wypowiedzi jego z czasem stały się bogatsze, pełne werwy, zwrotów akcji, dramatycznych zmagań natury wewnętrznej.

        Będąc już w kwiecie wieku, Amadeusz stał się pisarzem sztucznym, który więcej mówił, że robi, niż rzeczywiście robił. Zasiadł przed komputerem ponownie, gdy po długich rozmyślaniach gotów był odzyskać dobre mniemanie, które sam o sobie utracił.
        I choć mógł wybrać i spisać dowolną z milionów kłamliwych historii, które przedstawiał w kręgach pisarskich, Amadeusz spisał krótką i barwną opowiastkę o pisarzu, który nie miał już nic do powiedzenia. A dawno nic tak pięknie nie układało się jak czysta prawda, którą zapisywał. Odetchnął dopiero po godzinach ciężkiej pracy, gdy krople potu zdobiły jego czoło.
        Odchrząknął. I milczał. Uśmiechnął się. Gdzieś z tyłu głowy przeszła mu myśl, tak cicha jak szum pojedynczego liścia, który spada z samej korony drzewa gdzieś na pole.
        Możliwe, że dawno temu bardzo się mylił. Możliwie, że tak naprawdę miał wiele historii do przedstawienia, opowieści do ubarwienia, myśli do przekazania. 

        Możliwe, że żadna z nich nie była zwyczajnie warta spisania.











Komentarze

Popularne posty