Magiczny dotyk presji

        Rozpoczynając swego rodzaju podróż ze Skołtunionym byłam gotowa (a nawet nadal jestem) na to, jak szybko opadną mi siły i chęci do prowadzenia czegoś, co w sumie może być naprawdę interesującą pamiątką po tym co się dzieje u mnie teraz i co mam w głowie. Tak też pewnego słonecznego popołudnia przerzuciłam, jak to już wspominałam, nogi przez podłokietnik fotela i stworzyłam rzecz, zachęcona krótkim dialogiem z najlepszym ziomkiem.


                                      – chyba założę własnego bloga
                                       z jakimiś felietonami czy co
                                – Do it
                                 – ale nie wiem o czym pisać
                                – O wszystkim
        – not helpin

                                – W sensie, o sobie
                                   O lsm-ie i o tym co cię akurat wkurzyło, o pasjach
                                   O wszystkim co ci przyjdzie akurat

        No i potem poszło z górki, bo stworzenie takiej rzeczy nie jest w zasadzie niczym trudnym, jedyne co tak naprawdę przeszkadza, to zawrotne tempo twojego serca, które wali jak oszalałe o żebra, prawie je łamiąc, jakby od razu oczekiwało sławy, chwały i brokatu za naskrobanie paru słów w internecie, którymi i tak raczej nikt się bardzo nie przejmie. 
        Zadowolona z siebie i z pierwszego postu, który leżał w mojej głowie parę dobrych dni, zanim pomyślałam co z nim zrobić, rozsiadłam się, obserwując jak świerszcze cykają pod pikselami. A cykały słodko.
        Aż tu nagle ding.
masz wiadomość

                                 – Julczi, planujesz stałe wpisy na blogu czy tylko tak jak ci się zachce?



        Są czasami takie momenty, kiedy robicie pewną rzecz, z której jesteście nawet dumni, ale nie macie większych oczekiwań. Jeśli nigdy tego nie doświadczyliście, wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście rodzicami i wasze dziecko jest całkiem spoko w szkole. Nauczyciele mówią wam, że, no, zdolne. Ale leniwe. 
        I uśmiechacie się z grzecznością, spoglądacie na swoją pociechę, która w podstawówce miała same piątki, teraz leci na trójach. Myślicie: zdolne, zdolne, ma potencjał, ale tak w zasadzie oceny nie wystrzelą nagle w górę, więc jest dobrze, że w ogóle nie ma samych jedynek. Dalej żyjecie swoim życiem.
        Teraz dodajcie sobie do tego wyobrażenia moment, w którym nagle, całkiem bez zapowiedzi, w waszym progu staje prawdziwy profesor nauk ścisłych, oznajmia, że wasze dziecko wykazało się na jakimś całkiemnieprzypadkowym teście niezwykłą zdolnością rozumienia fizyki na poziomie wyższym, niż Stephen Hawking kiedykolwiek śnił o jego istnieniu, a on sam przyjeżdża z propozycją studiów na elitarnej uczelni w Tralalalandzie. 
Babka za waszymi plecami wzdycha. No przecież, że to ten profesor, pisali o nim w Fakcie, dobra propozycja, dobra propozycja – mamrocze. 
        Jako rodzic w takiej sytuacji, szczerze, czułabym jakąś dumę, zaskoczenie. Jednak zamiast przez ekscytację, uśmiechałabym się przez większą presję, gdyż w mojej głowie obijałyby się słowa nauczycielki z liceum. Ale leniwe. 
        

        Wróćmy do wiadomości. Patrzę na nią przez moment, dwunastokrotnie upewniając się, że nie jest to profesor nauk ścisłych, za to w środku zgniata mnie buldożer wypominając mi, że będę musiała coś faktycznie robić. 
        Samozwańcza Mistrzyni Dzielnicy w Prokrastynacji jedenaście lat z rzędu. 

        Od tego czasu zaczęły nawiedzać mnie takie oto małe wiadomości.



        Które z początku wywoływały u mnie bardzo radosne chichoty, bo przecież dlaczego miałabym się tym przejmować? 


Otóż.





        I choć od tej wiadomości minęło już bardzo dużo czasu, a Klub Socjalny Presja najwidoczniej zakończył swoją działalność, nadal jakimś cudem pozostała we mnie siła i chęć, by się nie poddawać z tym co tutaj robię. Mając za sobą już wiele podobnych projektów tego typu, cóż, byłam gotowa, że pewnego dnia po prostu wszystko pójdzie w cholerę. A jak dotąd, nie poszło. Mogę to nazwać swoim własnym minimalnym sukcesem, bo jak się okazuje – lenistwo czasem może przegrać (zostawmy sobie tutaj minimalny margines błędu).


        No to co,
witam Was w nowym roku. Oby był pełen śmiesznych filmów o pancernikach, bawiących się różowymi zabawkami. 

(o mojej miłości do pancerników kiedy indziej)

        



Gajusz 2k18

Komentarze

Popularne posty