Niekonsekwencja
Pozwólcie, że opowiem Wam historię.
Nie jest ona specjalnie wyszukana. Nie opowiada o problemach nastolatków z typowej amerykańskiej szkoły, gdzie dziewczyna na przemian zakochuje się i odkochuje się w tym samym dupku, jej przyjaciel-nerd wzdycha do niej z ukrycia od dzieciństwa, jej przyjaciółka nie potrafi zebrać odwagi do wystąpienia przed ludźmi na konkursie talentów, a nauczyciel WF-u wspiera nowo odkrytą gwiazdę koszykówki.
Nigdy nie należałam do osób, których głównym problemem w życiu było to, dlaczego ktoś nie chce się ze mną umówić, dlaczego odpisuje mi tak wolno, czy co też laska z klasy, o której istnieniu nie miałam pojęcia, powiedziała coś niemiłego o mojej fryzurze i totalnie powinnam ją obsmarować na fejsie oh my god what a bitch. Zazwyczaj skupiałam się na swoich problemach, przejmowałam się rzeczami, na których temat prowadziłam we własnej głowie dyskusje trwające godzinami, co więcej – jedną z kwestii dorastania, z którą musiałam się zmierzyć całkiem niedawno, było całkowite przebudowanie własnego charakteru, by być najbardziej treściwą osobą, jaką znam. (Co wydaje mi się dobrym punktem remontu samego siebie, gdy zauważasz, że coś jest z tobą nie tak i denerwujesz samego siebie) Jeśli wkraczam w jakąś dyskusję, rzeczą na której najbardziej się skupiam, jest zachowanie obiektywności i słuchanie drugiej strony. Umiejętność słuchania jest drugą najważniejszą rzeczą, którą staram się rozwijać w samej sobie. Dlaczego drugą?
Pierwszą rzeczą jest próba zaaplikowania cudzych uwag do mnie samej. Wyciąganie wniosków. Poprawianie się. Rozumienie słów i akcji, które przebiegają przez mój mózg. Jak inaczej mogłabym to nazwać, jak nie zwykłym uczeniem się na błędach?
Głównie z tego powodu nie pierwszy raz odczuwam ogromną frustrację obserwując sytuacje, w których czasem się znajduję. Niekoniecznie biorąc w nich udział. Czasem zwyczajnie słuchając, gotując się w środku, aż do momentu gdy mój bullshitmeter przekroczy stopień normalności. Nierzadko obserwuję jak ludzie otaczający mnie, potrafią puścić uwagi innych wolno, jakby w ogóle ich nie dotyczyły. Nawet jeśli osoba zwraca swoje słowa centralnie do nich. Jak gdyby nie zauważali pewnych granic, jak gdyby wszystko mogło im ujść na sucho. Daje mi to pewne poczucie, że z każdą kolejną taką sytuacją czują się lepsi. Może wyżej od innych lub naprawdę, ich głowy są tak głęboko zakotwiczone w ich jelitach, że nie są w stanie zaakceptować faktu, że naprawdę może powinni nad sobą popracować.
Historia właściwa, która napędza w tym momencie moje palce, jest o czymś, co w tym wszystkim włącza mój wewnętrzny garnek z wrzącą wodą najbardziej– niekonsekwencji. Ciężko mi zliczyć jak wiele minut musiałam spędzić, słuchając reprymend, które nawet mnie nie dotyczyły. Jak wiele razy było mi żal, że jakiś projekt nie mógł się wydarzyć, ponieważ osoby, które na początku zapalały się do pracy, po pewnym czasie nudziły się ideą i zostawiały czasem nie tylko mnie, ale i innych na cienkim lodzie.
Nie jest to oczywiście rzecz, która dotyczy tylko mnie – takie historie napływają ze wszystkich stron. Jednak tym, co najbardziej w nich wszystkich mnie jakoś dziwnie wewnętrznie uwiera, jest to, że mimo tych godzin prasowania tyłka na niewygodnym krześle i słuchania podniesionych głosów reprymend, nadal spoglądam na twarze osób dookoła – osób, do których wszystkie te godziny są skierowane – widzę jak patrzą przed siebie pustym wzrokiem lub rozświetlonym przez ekran telefonu, a słowa płyną i płyną, omijając wszelkie zwoje mózgowe i wylatują z drugiej strony z jednym prostym: "Jezus, ale jaki jest problem".
Trwam w stałej ulotnej nadziei, że może kiedyś odwrócę się i zobaczę wyraz twarz mówiący: "Może faktycznie powinienem pomyśleć następnym razem", "Może faktycznie przegięliśmy ostatnio", "Może powinnienem coś z tym zrobić". Choć tak naprawdę wiem, że jest to prawdopodobnie złudne marzenie, które ostatnio pięknie zostało skwitowane podczas jednej z moich rozmów:
– Liczę, że może będą mieli nad tym chwilę refleksji.
– Refleksji? Najpierw trzeba by zacząć myśleć.
Jako osoba, która wychodzi zmęczona z każdego miejsca pełnego ludzi niemal za każdym razem, gdy się w jakimś znajdzie, nie potrafię znaleźć słów, które opisują stan mojego zmęczenia psychicznego, gdy stawiając mozolne kroki w stronę domu, rozpamiętując dodatkowe minuty zbierania w sobie poczucia winy za nie moje błędy, odczuwając głęboką potrzebę naprawy tego, a potem zdając sobie sprawę, że przecież tutaj nic się nie da zrobić. Nie moja w tym rola. Nie jest to też rola osób, które reprymendy dają. Jest to tylko zadanie osób, do których zostały one skierowane. I mimo szczerych chęci w dawaniu ich, niemożliwe jest zakończenie rozpakowania pliku zrozumipoprawsię.zip bez kluczowej części -zrozum- oraz niezainstalowanego winrara.
Nie uważam się w tym wszystkim za kogoś, kto jest perfekcyjną perełką wśród zgniłych małży, które nie chcą wpuścić do siebie piasku, by ładnie się wyszlifował. Jasne, że niekiedy słowa są również skierowane do mnie. Jasne, że nie jest to miłe, gdy faktycznie włączy się opcję "słuchaj" i musisz przyjąć do siebie to, że twoje akcje okazały się jednak fatalne w skutkach. Jasne, że jak spróbujesz się poprawić – może w reszcie ludzie przestaną nie mieć ochoty na obcowanie z tobą. Całkiem przydatne. Polecam.
Nie postrzegam mojego stanowiska jako egoistycznego, co zapewne ktoś może powiedzieć, bo przecież piszę to dlatego, że jest to jedną z rzeczy, która mnie męczy. W takiej sytuacji polecam następnym razem rozejrzeć się i zdecydować, czy naprawdę warto przechodzić przez tą samą pogadankę co tydzień, tylko dlatego, że ktoś nie chce się zastosować. Wychylmy się ze swoich skorup egoizmu wszyscy, może nawet delikatnie, akurat na wiosnę, w tym pięknym kwietniu.
After all – we're all in this together.



Komentarze
Prześlij komentarz