Lichy świat
Jakiś czas temu wydawało mi się, że świat się skończył. I może tak było. Może faktycznie wszystko co miałam upadło w posadach, zatrzęsło się i zburzyło, przygniecione własnymi fundamentami. Domy rozkładał na najmniejsze części wiatr, promyki słońca podpalały lasy, woda topiła miliony w mojej głowie, ziemia zapadała się pod dotykiem dłoni. Pamiętam, że leżałam pod gruzami, czując jak moje mięśnie poddają się ciężarowi, pozwalając mu wgniatać mnie w ziemię i blokować moją drogę do wolności. Do powietrza, które ze sobą niosła. Pamiętam - krzyczałam ze złości, smutku i żalu, choć już nie wiem do końca czy na siebie czy innych. I czy na pewno słusznie. Pamiętam - drapałam ramiona, żeby stały się mniejsze. Wtedy fundamenty przestałyby je naciskać, udałoby mi się wyjść, zniknąłby ból. To wszystko było moją winą.
Gdy uniosłam głowę ponownie, świat przypominał mi pustkowie. W oddali otoczone dymem spalonych wiosek, pełne nicości i szarości. Braku wszystkiego. Było to dobre miejsce dla mnie, by nic nie czuć i oddychać. Łapać powietrze, póki jeszcze mogę. Oddychałam chrapliwie i głośno, upewniając się, że na pewno jeszcze żyję, że funkcjonuję, że chociaż egzystuję. Pozwoliłam sobie na chwilę żałoby nad tym, co straciłam. Położyłam się więc na twardej trawie i poczułam jak pękam tak całkowicie, nieodwracalnie. Jak kawałki mnie samej rozdzierają mnie na części, najdrobniejsze płatki skóry.
Z każdym kolejnym dniem, wśród roślin smagających mnie delikatnie po twarzy pod wpływem wiatru, pęknięcia wypełniały się czymś, czego dotąd nie znałam. Czego szukałam.
Nie był to tani klej, mający zatrzymać kolejne rysy na czas kilku tygodni. Ten wydawał się twardszy. Mocniejszy. Poczułam, że umiem wstać. Zrobiłam to, choć łzy przenikały moje policzki, raniąc głowę. Pozwalałam im płynąć przez moje pęknięcia i wyłomy, gdy sama zbierałam drewno na schronienie, choćby niewielką chatę. Mieszały się z krwią i magicznym klejem, trzymając mnie w sobie. W całości.
Po tygodniach z nieba zniknęły resztki dymu znad zwęglonych osad. Uzbierałam nowe fundamenty, choć części nie pasowały do siebie, nie potrafiłam w nich dostrzec odpowiedniego budulca. Wciskałam je na siebie nawzajem siłą, łamiąc paznokcie. Układałam wszystko jak najpiękniejszy domek z kart. Zza pustkowia wyszli ludzie, niosąc więcej drewna do mojego domu. Zbudowali też swoje. Ich wyglądały solidniej. Były z cegły. Znacznie większe. Pomagali mi. Koczowaliśmy razem.
I wreszcie gdy nadeszło lato, a wiatr opuścił pustkowie, zostaliśmy we wspólnej osadzie. Może bardziej ja im na to pozwoliłam. Nie byli pewni czy tego chcę. To, co skleiło moje pęknięcia, zastygło. Pielęgnuję całość, by się nie rozpadło.
Myśląc o ruinach fundamentu mojego starego świata, czuję wstyd. Często mam problemy ze spojrzeniem w ich kierunku i wiem, że nigdy tam nie wrócę. Albo z własnej woli, albo ci, którzy tam przetrwali, nie pozwolą mi wrócić. Jednak zamiast zatracania siebie w myślach o tym, skupiam się na ścianach mojego nowego domu, które nadal wymagają podparcia. To jeszcze lichy świat.
Jednak cieszę się, że tutaj dotarłam.
wytłumaczenie
Jak część z Was może wiedzieć - choruję na depresję. Straszna kupa.



Komentarze
Prześlij komentarz