Moje własne złote runo

        Gdybym miała po złotej nitce za każdy moment, w którym nas żałowałam, utkałabym moje własne złote runo, którym mogłabym nas naprawić. Otuliłabym nas nim ciasno, by poskładać wszystkie rozbite elementy. Mogłabym wtedy ułożyć twoje włosy, kruche od morskiej wody, pełne obrzydliwie mokrego piasku. Poprosiłabym, by ta chwila trwała dłużej i bym lepiej ją zapamiętała, zamiast wspominać samotną dłoń bez twarzy właściciela, oplataną przez wzburzone fale. Złote runo naprawiłoby nas już na samym początku, by nasze rysy się nie powiększały. By nie zamieniały się w pęknięcia, których nie można skleić, o których nie można zapomnieć. 
        By nie zamieniały się w małe blizny, tuż nad kostką po tym jednym razie, gdy zejście do wody było zbyt strome, osunęła mi się noga, a ty już nigdy o tym nie zapomnisz.
        Za miesięczną pensję z twojej nowej pracy byłabym w stanie kupić tonę błękitnych nitek i utkać z nich ciepły koc, na którym leżelibyśmy na naszej plaży, gdy piasek zrobiłby się zbyt zimny, twardy i cieszylibyśmy się naszym własnym skrawkiem nieba . Otuliłabym nas nim, gdybyś tylko tam wtedy był, wolną ręką gładząc moje włosy, a drugą trzymając moją dłoń, kciukiem wodząc po jej grzbiecie, zataczając małe, tak idealne kółka. 
        Ten koc mógłby być naszym własnym runem, który poskładałby szklankę rozbitą o najbliższą szafkę zanim wyjechałeś, bez świadomości, że uciekniesz szybciej, jak spłoszone zwierzę.
        Z czerwonych nitek, które wyciągałabym z siebie za każdym razem, gdy o tobie zapominałam, utkałabym materiał, możliwe, że nawet chustę lub szalik, który zakryłby moje kolejne rysy, podtrzymałby pęknięcia, okrył gołe ramiona, które od dawna nie czuły już twojego dotyku. Ramiona, które unosiły moje dłonie, uderzały w ściany, stół i naszą plażę, co bolało najmniej, ale przynosiło mi satysfakcję i spokój. Czerwony materiał byłby delikatny, miękki i wcale nie przypominałby mi ciebie, bo nie zataczałby na skórze małych, idealnych kółek, ale wystarczałby mi w całości. Uspokajałby mnie.
        Chciałam utkać materiał, na który zabrakło mi nitek.
        Czarne nitki, które uzbierałam ze wszystkich wykrzyczanych w twoim kierunku słów, same utkały na nas całun. Same splotły silne węzły, które tylko uwięziły naszą plażę w mojej pamięci, zastygłą w jednej chwili. Zacisnęły się na twoich włosach, na naszych dłoniach i wodzie, która oplatała moją zranioną kostkę. I gdyby nie ten całun, zapomniałabym już dawno. Porzuciłabym plany o kocu, zamknęłabym twoje odejście gdzieś daleko i nie byłabym pewna, czy wybaczysz mi wszystkie słowa, które wypłynęły z moich ust uderzając w ciebie tuż obok moich dłoni, które zostawiały ślady w mojej i twojej pamięci. Czarne nitki nie pojawiłyby się, gdybyś nie wrócił. 
        To ty zrzuciłeś na nas całun, który uwięził mnie we własnych wspomnieniach, we bliźnie na kostce, w dłoniach na piasku, w ranach na twojej twarzy.

        Gdybym miała po srebrnej nitce, za każde spojrzenie na bliznę tuż nad kostką, powoli uzbierałabym wystarczającą ilość na srebrne runo, którym otuliłabym się ciasno, całkiem sama, czując kosmyk włosów na policzku i ciepło na karku. Naprawiłoby mnie ono po tym wszystkim co się zdarzyło, choć nie poskładałoby elementów złamanej przeszłości. Złożyłoby mnie z tego co już było, ale też z tego co będzie i z tego co jest teraz. Nadal mogłabym wspominać dłoń w kryształowej wodzie, bez niechęci do twarzy jej właściciela, pamiętać o plaży i swoich włosach. Utkałabym je z radością, ochoczo i dokładnie, pozwoliłabym mu nade mną pracować tak długo, jak by potrzebowało, ciesząc się samotnością, ciesząc się tym co będzie, gdy skończy.
        Moje własne srebrne runo, poskładałoby mnie w nową całość, zanim się zaczęliśmy.

–––––––––––––––––


Komentarze

Popularne posty