Koniec
Ja to wam powiem, że nie ma drugiej osoby na tym świecie, która tak by się cieszyła na koniec tego cholernego roku. Tylko czekam, aż cień tego paskudztwa, które snuje się za mną jak gnijące truchło, zniknie nareszcie z horyzontu i będę mogła odetchnąć, zamknąć oczy, wreszcie po prostu usnąć bez koszmarów.
Szalenie pragnę zapomnieć. Tak by było najprościej. W końcu wydaje mi się, że każdy, kto by wszedł do lasu i zobaczył wisielca, także chciałby o tym nie pamiętać, winkwink logang. Tym dla mnie właśnie był ten rok. Ohydnym, nawiedzającym myśli i uczucia, śmierdzącym trupem, który, jak to w przyrodzie działa, z każdą kolejną chwilą tylko coraz bardziej cuchnie. Jednak przez to, że pamiętam, dostrzegam ironię tego, z czego dawniej często żartowałam. Jak tak patrzyłam na posty ludzi, którzy narzekali na wcześniejsze lata, to mówiłam, że nie może być tak źle. Oh boy was I wrong.
Nie będę mówić o tym już więcej, bo nie tak zamyka się rozdziały. Szczególnie te, które kończą jakąś spójną, choć okropną całość. Tak przynajmniej mi się wydaje, ale nie jestem mistrzem pióra, mimo tak wielu usilnych prób. Słabo mi to wszystko wychodzi.
Patrząc wstecz, zauważam jednak, że końcówka tego roku była dla mnie niezwykle łaskawa. Co prawda to tak jakby ktoś przejeżdżał po tobie ciężarówką co najmniej osiem razy, żeby ostatecznie już dać ci spokój, no ale to zawsze coś. Gdyby tak nie było, nie patrzyłabym na nadchodzący rok z przekonaniem, że będzie lepiej. Myślę, że nawet nie rozważałabym takiej możliwości. W zasadzie sama nie mam pojęcia, co bym w ogóle wtedy robiła. Bardzo nie chcę sobie robić nadziei, ale czasem każdy musi być naiwny, co nie?
Nie chcę, by całe to podsumowanie mojego roku było takie straszne, bo istnieje taka niepisana zasada, że tak się nie robi. Patrząc na YouTube Rewind, nawet oni się jej trzymają. Zatem dlaczego nie wspomnieć o rzeczach, które mimo wszystko wcisnęły na moją twarz uśmiech, ło jezu, nawet śmiech? Idąc takim tropem, postanowiłam zrobić małą listę thankful for. Taką naprawdę małą, bo ograniczyłam się do trzech rzeczy. No to jedziemy.
Pierwszorzędnie, jestem naprawdę dumna z samej siebie, że Skołtunione nie umarło po trzech miesiącach i nadal ciągnie prężnie mimo braku posta w zeszłym miesiącu, ale o tym nie mówimy, jasne? Szczególnie serce mi się rozpływa, gdy ktoś podchodzi do mnie, nawet gdy jest to osoba, z którą na codzień nie rozmawiam lub się nie widuję, i nagle mówi mi: "Słuchaj, czytał*m ostatnio twojego bloga. To i to myślę o tym poście." To jest bardzo jednoznaczne dla mnie z: "proszę nie przestawaj." Gdy tylko mi coś takiego powiesz, automatycznie stajesz się moim przyjacielem. Zdarzyło mi się nawet, że ktoś powiedział, że się z tym co piszę uosabia. CZY WY WIECIE ILE TO ZNACZY??? Przecież to jest miód na serce, kiełbasa na ognisko, internet na telefonie. To jest największy komplement, jaki mogę dostać, ostatecznie to mówię, koniec i kropka. Jestem tak wdzięczna za wasze słowa, a nawet za dosłownie każdą reakcję z waszej strony. Prawda jest taka, że, kurczę, wpuszczam was tutaj do mojej głowy, ale też do serduszka i w ogóle. No. Dziękuję.
Jestem bardzo szczęśliwa również, że mimo tak fatalnego roku, odnalazłam rzeczy, które dają mi tak wielką radość, jakiej dawno nie zaznałam. Wiecie, to tak jakbyście przeżywali wszystko na nowo, bo troszkę to tak dla mnie jest. Zapamiętuję, przykładowo, muzykę, w którą wkręciłam się w pierwszej kolejności po zakończeniu terapii. I powiem wam, że to tak, jakbyście pierwszy raz usłyszeli najpiękniejsze wykonanie Chopina, w ogromnej filharmonii, jednak na widowni jesteście tylko wy. Jakby to wszystko było grane tylko dla was. Albo nie słuchacie Chopina, to nie wiem, zamiast niego wstawcie Cypisa i radomską dyskotekę czy coś.
I ostatecznie, jestem wdzięczna za ludzi, którzy przy mnie zostali, ale też za tych, którzy przyszli. Dzięki nim głównie końcówka tego roku jest tak miła i spokojniejsza od całej reszty, jakby była tylko prologiem do całkiem nowej historii. Tutaj, uwaga, wstawiam list do adresata. Jesteście powodem, dla którego warto się uśmiechać i oddychać, nawet kiedy jest zbyt trudno. Czasem zdarza się, że gdzieś pojawia się na mnie kolejna rysa, ale od razu tysiące kochanych łapek wpycha w nią klej i wszystko trzyma się w całości. I wreszcie się nie rozpadam. Naprawdę, za to wszystko co dla mnie robicie, należy się tysiące nagród, choć nie stać mnie na nie wszystkie niestety. A może kiedyś, no kto wie, ale tak prosto: dziękuję.
Mam nadzieję, że to krótkie podsumowanie roku nie wpędziło was w melancholię, albo w coś gorszego, bo ogólem jak sobie o tym pomyślicie, to ma całkiem wesoły wydźwięk. Tutaj wyobraźcie sobie mnie, która uśmiecha się krzywo i pokazuje kciuki do góry w ten typowy, niezręczny sposób. No. To ja teraz.
Nie mam bladego pojęcia jak zakończyć ten tekst. Myślę, że może mieć to związek z tym, że sam rok się jeszcze nie skończył. Dlatego sądzę, że nie musi być to idealny post. Niech ma otwarte zakończenie. Może nie będzie jeszcze tak źle. Może dwa tysiące osiemnasty rok zrobi szalony backflip i nagle okaże się czymś super, ale wszyscy wiemy jak to wychodzi w życiu. To tak na samo zakończenie: życzę, żeby te kilka ostatnich tygodni były dla was całkiem spoko końcem początkiem. Zacznijmy nową historię.
2018 ain't nothing but a bitch lasagna.


girl u snapped
OdpowiedzUsuń