Sen na jawie
Prawdę mówiąc to na sam początek tego roku planowałam całkiem inny post. Miało być troszkę bardziej wyciągnięte z zamrażarki, odmrożone w mikrofali i podane na plastiku, ale stwierdziłam, że może wszyscy zasługujemy na coś więcej. Zatem wyciągam z głowy.
Czasami nadal łapię się na tym (a nawet ostatnio coraz częściej), że powracam do nawyków, których bardzo, ale to bardzo nie lubię. Konkretnie, popadanie w rutynę, którą znam trochę za dobrze, a której się cholernie boję. Dlaczego? Bo wiedzie ze sobą wspomnienia, które ugniatają mnie z prawej i z lewej, od góry i od dołu, a potem tylko biorą za rączkę i prowadzą prosto do korytarza niechęci do samej siebie. Mam wrażenie, że nie jestem jedyną osobą, która ma tak silne przerzuty tej przypadłości, bo zdażyło mi się zaczerpnąć doświadczeń kilku innych osób, zatem jakaś mała jedna tysięczna procenta już nas jest.
Wiecie, za każdym razem gdy wracam do domu, to moim odruchem jest rzucić się do łóżka i leżeć. Najczęściej nawet bez telefonu w ręce, czy laptopa na kolanach, a jak już to moje myśli nawet nie są z moim ciałem w jedności i mają gdzieś jakie wybitne żarty opowiada pewdiepie na setnym filmiku z rzędu. Przez godzinę jest dobrze, bo szczerze to nawet mi się nie nudzi, a głowa nie wędruje w najciemniejsze zakamarki uczuć, jednak, jak możecie się domyślać, to szybko mija. Dawniej, gdy dopiero w taki nawyk popadałam, to mogłam tak trwać przez godziny. Nie przeszkadzało mi to jak się czułam, czy się śmiałam, czy płakałam, czy byłam radosna, czy smutna. Nie miało to znaczenia. Takie leżenie wydawało się moim własnym prywatnym narkotykiem, do którego zawsze mogłam wrócić. Przecież nikt nie zabroni mi położyć się spać. Ja wcale nie zamierzałam spać.
Teraz jest inaczej. Po znacznie krótszym czasie czuję się po prostu źle. Opieram policzek o poduszkę. Przewracam się na bok. Drugi bok. Strzelam palcami. Biorę telefon, włączam serial. Odkładam telefon. Strzelam szyją. Przykrywam się kocem, zamykam oczy. Wyłączam serial, w końcu i tak nie słucham. Mój żołądek skręca się, płuca delikatnie się zapadają, żebra otulają je nieco ciaśniej. Panikuję. Oddycha mi się ciężej. Będę płakać? Dobra, koniec tego. Wstaję.
I jest wszystko dobrze. Całe duszenie, które moje myśli wywołuje, nagle rozpływa się w powietrzu, wylatuje z pierwszym oddechem, znika z pierwszym krokiem. To tak jakbyście długo nie jedli uzależniających chipsów i nagle dostali od razu dwie paczki. kiepskie porównanie, nie zwracajcie uwagi.
Zatem dlaczego sen na jawie? Z dwóch powodów. Mogłabym to znacznie pewniej nazwać koszmarem niż snem, bo szczerze nie polecam nikomu. Jednak są też radosne wspomnienia, które właśnie pomagają się podnieść i opuścić łóżko. Chęć stworzenia większej ilości takich radosnych wspomnień jest po prostu zbyt silna by się jej oprzeć. Żałuję, że moja bateria życiowa działa jak w jakimś rocznym telefonie, gdy musisz ładować go codziennie najmniej, bo zazwyczaj to raczej tylko dwie godziny działa bez kabla. Ja naprawdę, z ręką na sercu bym latała wszędzie, nawet ciągana, tworzyła masę wspomnień i robiła masę rzeczy, jednak nie mam jeszcze żadnego powerbanka na to moje zmęczenie, a znalezienie go może zapewne zająć mi jeszcze sporo czasu. Dlatego ten sen na jawie, to raczej takie moje niewielkie marzenie, które kiedyś się spełni. Jeśli ktoś ma na zbyciu ludzkiego powerbanka, zapraszam do okienka numer cztery, tam rozpatrzymy państwa propozycję.
Drugim powodem jest zwykła piosenka, która jest małym zastrzykiem energii. Motywuje mnie bardzo do wstania i jak jej słucham to przez całe trzy minuty mam ochotę skakać i śpiewać. A nazywa się właśnie Daydream. Bardzo lubię przypominać nią sobie, że może warto wstać i być trochę bardziej szalonym i energicznym bez powodu. Nawet jeśli ma to trwać tylko kilka minutek. Dlatego właśnie sen na jawie. Jak dla kogoś za mało, to dodam, że po prostu miałam ochotę tak nazwać post i bardzo ładnie brzmi.
Wszyscy kiedyś muszą znaleźć jakieś wyjście z czegoś, czego bardzo nie lubią, nawet jeżeli początkowo nie zauważają, jak wiele szkód to wyczynia. Pisanie tego posta, powstanie z łóżka i słuchanie właśnie muzyki na cały regulator jest moim. Jestem bardzo szczęśliwa, że tak akurat przyszły mi na to siły.
Przyszedł 2019 nareszcie, moi drodzy, dlatego wszystkim serdecznie życzę, by na nowy roczek porzucili swoje własne złe nawyki. Moim jest taki koszmarek. I wierzę, że sobie kiedyś wreszcie pójdzie, da mi spokój i będzie fajnie. Niech wam też będzie fajnie.
piosenkę Daydream wstawiam tutaj linkiem, jak klikniecie na zdjęcie to was ładnie
przekieruje na inne części internetu. ja się żegnam, ale może ona wam poprawi bardziej humor



Komentarze
Prześlij komentarz