Droga przeszła ja
Miesiąc temu znalazłam coś, co zakopałam bardzo głęboko nie tylko w swoim pokoju, ale także w milionie szuflad mojej pamięci. Zatem, gdy natrafiłam na pewien skrzętnie zapakowany kawałek papieru, przez moment byłam skonsternowana. A już sekundę potem uderzyła we mnie fala tsunami niepewności, rozbawienia oraz strachu. Myślę, że za chwilę zrozumiecie dlaczego.
Na dnie pudełka z rzeczami, które dawno temu wydawały mi się szalenie ważne i bezcenne, leżała koperta, niezręcznie ozdobiona koślawym napisem "Julia, otworzyć w 2034". Yep, myślę, że już wiecie w co się pakujecie. Mała wycieczka drogą nostalgii.
No, to wyobraźcie sobie sytuację. Otwieram tę kopertę, gotowa na lawinę cringe'u, która ma mnie zasypać z mocą morderczych antylop, tratujących biednego Mufasę. Siadam. Czytam. I po pierwszej stronie myślę: meh. mogło być gorzej. Dla waszego dobra nie przytoczę wypocin dwunastoletniej (tak! dwunastoletniej!) mnie, bo naprawdę nie byłam taką poetką i sprawnie myślącą osobą za jaką się wtedy uważałam.
A to nie wszystko! Szust. W ręce wsuwa mi się druga kartka. Jeśli jednak oczekujecie soczystych cytatów wczesnonastoletniej żałości, to się zawiedziecie. Głównie dlatego, że ten mistyczny kolejny kawałek papieru był po prostu
smutny.
Mała ja trafiła mnie mocno w uczucia. Patrzcie:
"Nieważne jak źle jest, zrób coś dla mnie. Spotkaj wszystkich swoich idoli i dąż do celu. A przede wszystkim, proszę, spełnij marzenia. Może dla ciebie są już tylko niewyraźnym wspomnieniem, ale dla mnie, tu i teraz, są wszystkim."
Ten mały robak, siedzący w salonie i piszący list pod nieobecność rodziców (tak pamiętam dokładnie okoliczności) siedem lat temu, dokładnie wiedział jak mnie podejść. I myślę, że byłabym skłonna rzucić wszystko i wrócić do marzeń z tamtego czasu. Może. Gdybym była nieszczęśliwa z drogą, którą obrałam teraz. A, której nie chcę zmieniać.
Z całym szacunkiem do samej siebie, ale teraz i tutaj, siedem lat później, wybieram moje własne, współczesne marzenia. No, są nieco bardziej przyziemne. Mi pasują.
Wiem, że może tak zabijam swoje wewnętrzne dziecko, a przynajmniej jego część, ale to nie tak, że nie jest mi w ogóle przykro, po prostu jak wspominam samą siebie, która szalała za Benedictem Cumberbatchem, to czasem serio lepiej jest zostawić taki twór i pozwolić mu się wykrwawić w zakamarkach pamięci.
Dlatego taką krótką podróż w nostalgię kończę notatką do małej mnie:
jeśli skończysz obgryzać paznokcie wcześniej niż w 2018 roku, to może wezmę twoje prośby pod uwagę. A do tego czasu, proszę zniknij z mojej głowy. I nie wracaj. Serio.



Komentarze
Prześlij komentarz