Za trzy tygodnie
Podczas przygotowań do matury, które trwają dobre kilka miesięcy, robię wiele rzeczy, które niekoniecznie z maturą są jakkolwiek związane. Myślę, że każdy mógł się tego spodziewać, no nigdy nie byłam genialna w nauce, często też nią się męczę, jeśli nie interesuje mnie temat. A jako, że do tego wielkiego testu najczęściej uczę się matematyki – wszystko się tłumaczy samo przez siebie.
Nie jetem również aktywną osobą (dajcie mi jakąś fajną motywację), zatem to, czym się zajmuję wymaga w większości jedynie laptopa, telefonu, słuchawek lub książki. Oj było tyle pięknych historii, które przewijały się przez moją głowę, naprawdę nie mogę ich wszystkich zliczyć. A lubię się ograniczać. Spróbujmy to zrobić.
Zaczniemy od kategorii. Naszym zwycięzcą są tum duru dum filmy. Okej, super. Damy radę ograniczyć to jeszcze trochę. Co ja lubię? Płakać. Emocje! Mamy jeszcze tylko do zrobienia okres czasu, w którym je obejrzałam. Ostatni tydzień. Super. Tak oto pojawił się pomysł na kolejny z moich wywodów. Dlaczego by nie poopowiadać o filmach, które wywołały u mnie takie bliskie płaczu emocje?
Kto mnie zna, ten wie, że się do tego nie przyznaję bardzo mocno odbieram filmy. Jednak jest też niewiele takich, które faktycznie mnie ujęły czymś szczerym, a nie musiałam sobie sama dopowiadać rzeczy, rozwijać i ładnie kończyć w głowie, by faktycznie coś mnie tam wzięło. Dlatego bardzo jestem mile zaskoczona tym, jak trzy ostatnie filmy owinęły mnie ciepłymi łapkami, przyciskając do serca, pozwalając posłuchać jego bicia. Ktoś mi ostatnio powiedział, że moje porównania są nie z tego świata, ale myślę, że tamto konkretne było znacznie lepsze od tego.
Jednak nie będę tylko ględzić o tym, jak ckliwe historie wyciskały mi łzy z oczu. Każdy film różni się od siebie nie tylko gatunkiem, formą, czy bohaterami, ale głównie powodem mojego wzruszenia/smutku/po prostu potrzeby chwili dla siebie. Zatem myślę, że powinnam wybrać trzy z nich oraz ułożyć je w kolejności ważności. Zaczynając oczywiście – od jedynie lekkiego wstrzymania oddechu i poczucia potrzeby, żeby popłakać, a kończąc – na sięgnięciu po chusteczki i wysmarkaniu płuc.
Pierwszy z filmów był z tych, które miałam ochotę obejrzeć (w przeciwieństwie do dwóch pozostałych). Lubię myśleć, że byłam jedną z pierwszych osób, które obejrzały trailer zaraz po tym jak wyszedł. Nawet wysłałam go znajomym, bo szalenie mnie zaciekawił i zapowiadał się lekko. Powieść Henry'ego (Henry's Book) rzeczywiście okazał się świetny. Nie chcę tutaj niczego spoilerować, dlatego zostawię tylko krótki opis, a następnie przejdę do własnej gadaniny.
Jest to historia chłopca, który żyje z mamą oraz młodszym bratem. Henry jest ponadprzeciętnie inteligentny, dlatego zajmuje się wszystkim finansowym w domu, zarządza na giełdzie oraz kontem bankowym swojej matki, która, mimo wielkich oszczędności, pracuje w lokalnej knajpce. Pewnego dnia chłopak zauważa problemy w domu swojej sąsiadki, która jest w jego wieku i mieszka z ojczymem. Wszystko na ten temat zapisuje w czerwonym zeszycie.
Powieść Henry'ego wywołała u mnie delikatne wzruszenie, głównie spowodowane zakończeniem, a także tym co się dzieje w pierwszych trzydziestu minutach, które silnie zdewastowały moje zaufanie trailerom. Zamknęłam klapkę laptopa, wzdychając krótko i kiwając głową. To był naprawdę ciekawy film. Jednak lekkie spocenie moich oczu wynikało z faktu, że jest smutny. Choć nie tak tanio smutny. Wiecie, co mam na myśli mówiąc "tanio". To dobra, prawdziwie smutna historia. 8/10
Ocenę dodałam tylko po to, by poczuć się jak prawdziwy krytyk.
Kolejne dwa filmy naprawdę mnie tkły. A żadnego z nich nie miałam ochoty oglądać, po prostu mi się nudziło.
Ready Player One nie zachęciło mnie głównie dlatego, że nie przepadam za dużą ilością efektów specjalnych, a to oczywiste, że były one niezbędne. Wiem, wiem, wyszedł całkiem dawno. W dodatku jedyne opinie, z którymi się spotkałam na jego temat były pełne zawodu. Jednak ja nic nie wiedziałam na temat książki. Tym bardziej nie miałam oczekiwań co do filmu. Zatem się nie zawiodłam. Ba! Dawno nic mnie tak nie wciągnęło.
To fabuła w niedalekiej przyszłości. Każdy żyje na śmietnisku, jednak ma dostęp do sprzętów wirtualnej rzeczywistości, gdzie ucieka od codzienności. W Oasis, całkowicie innym świecie gier komputerowych, twórca schował trzy klucze, które prowadzą do złotego jaja. Ktokolwiek je zdobędzie, przejmie firmę oraz grę.
Mimo tego, że przypomniało mi to kilka innych twórczości, Charlie i Fabryka Czekolady lub Snowpiercer: Arka Przyszłości zaangażowałam się milion razy bardziej. Co więcej, TO NIE JEST SMUTNA HISTORIA, JEST ŚWIETNA. Nawet nie wiecie jak się denerwowałam. Nadal – to nie zaangażowanie sprawiło, że faktycznie musiałam zakryć usta w salonie i iść wytrzeć oczy do kuchni. To raczej morał i pozytywna lekcja. Bardzo staram się teraz nie spoilerować. Może jedno zdanie.
Reality is the only thing that's real.
Po prostu super pozytywne zakończenie, które zostawia cię z czymś do myślenia oraz chęcią poprawy, które znika po kilku dniach. Tak. Myślę, że to najlepsze określenie powodu pojawienia się potu w oczach. 9/10
Chciałabym zauważyć, że w kolejnym akapicie będę niesamowicie subiektywna, ze względu na powiązania życiowe z następnym filmem.
Jak wytresować smoka 3.
aw shiet, here we go again
To były moje dokładne myśli, gdy zobaczyłam plakat. Ponieważ nigdy nawet nie odważyłam się włączyć trailera. A od lat, połowę mojego życia, jestem ogromną, ogromną fanką. Zatem dlaczego?
Samica nocnej furii. Te trzy słowa mówią wszystko. Już za pierwszym razem, gdy wychodziła druga część, bałam się masakrycznie, że Szczerbatek dostanie, tak zwane, romantic interest. A tym bardziej trzęsłam się na myśl, jak będzie ona wyglądała. Jeśli ktoś zastanawia się dlaczego – idealnym przykładem jest sympatia Stitcha (z Lilo i Stitch). Oczywiście z dodatkowych, nie kanonicznych historii. Po prostu za każdym razem gdy pojawia się "damska" wersja dla jakiegoś męskiego stworzenia w bajkach, ma kilka typowych cech. Rzęsy. Biust. Jeśli bohater jest niebieski – dziewczyna musi być różowa. Delikatniejsza. Ma wyglądać na kobietę, żeby przypadkiem ktoś się nie pomylił.
A jak wygląda Light Fury?
Opływowe kształty, niebieskie oczy, typowo kocie, zaokrąglone uszka, ledwo widoczne łuski. Co więcej, coś co potwierdziłam po przyjrzeniu się dokładnie w filmie – różowe, błyszczące refleksy skrzydeł. No – i fioletowy ogień. Stale zadaję sobie jedno pytanie – dlaczego. No cholera, przecież to smok w końcu, co nie? Nie róbcie z niej kostki mydła.
Tak bardzo bałam się, że ostatni film zepsuje mi dwa poprzednie, które tak strasznie kocham, że nigdy nie odważyłam się wejść do kina. I to był mój błąd. Ponieważ był naprawdę super. Co więcej – odkryłam powód wykorzystania sympatii dla Szczerbatka. Jej wpływ na historię. I przede wszystkim wielki impakt na zakończenie.
I wiecie co, gdy pojawiły się napisy końcowe, zrozumiałam, że to faktycznie koniec czegoś, co bardzo długo okupowało moje serce. Jednak nie mogłam prosić o lepszy epilog. To, co zrobili autorzy trylogii utrzymuje mnie w przekonaniu, że można napisać coś od pierwszego do ostatniego słowa i stworzyć coś całościowo dobrego. Opowiedzieć jedną wielką historię, która zamyka się idealnie. Tak jak powinna. I, która sama pokazuje, że rzeczy przemijają, a my musimy się nauczyć pozwalać im odejść.
I dlatego właśnie przez resztę wieczoru smarkałam w poduszkę. Radość, smutek, nadzieja, ulga, te wszystkie emocje napływające podczas ostatnich sekund obserwowania postaci, z którymi spędziłam lata, wynikały właśnie z zaangażowania, którego brakowało dwóm poprzednim filmom. Jednak to nie znaczy, że były one gorsze. Ktoś może obiektywnie spojrzeć na wszystkie trzy historie i śmiało stwierdzić, że Ready Player One jest milion razy lepszy. Nie zdziwiłabym się. Jednak ani Ready Player One, ani Henry's Book, nie miały Czkawki, Szczerbatka ani Astrid. Ani tych godzin w mojej pamięci, które ściskały mi gardło, gdy moczyłam koc łzami. 10/10
Zatem podczas przygotowań do matury uczę się też innych rzeczy, być może nawet ważniejszych. I nie żałuję ani sekundy, bo naprawdę wolę myśleć o tak przyjemnych, choć wzruszających, a nawet smutnych konkluzjach. Może nie wzbogacają mojego intelektu. Może nie dodają mi procentów z matematyki. Może wciskają miliony niepotrzebnych rzeczy do mojej mózgownicy.
Ale ja tak lubię. Czasem pomyśleć o rzeczach codziennych, które mogą się przydać kiedy indziej. Nawet jeśli nie na maturze za trzy tygodnie.



Taki film może nauczyć 10 razy więcej niż 3 lata liceum.
OdpowiedzUsuń