Zmęczenie, które cieszy

     Tak ostatnio chodzę dookoła posta i drepczę, stąpam i nic mi nie przychodzi. Dlatego zaczęłam się zastanawiać z jakiego to powodu brakuje mi jakichkolwiek myśli, które warto rozwinąć. Z korzyścią dla mnie, może również i dla was, doszłam do tego dlaczego. Otóż jak zapewne część może wiedzieć, zakończyłam edukację. Fajnie zdałam maturkę, aktualnie pracuję. Z czym to się w zasadzie wiąże? Ano z tym, że nagle zmienił mi się rodzaj zmęczenia, które odczuwam. 
        W szkole wiele godzin spędzałam nudząc się, szukając czegoś do zrobienia, a ci co mnie znają, dobrze wiedzą jak to, żeby powiedzieć delikatnie, nie przepadam za systemem edukacji. Minuty dłużyły się, zamieniały w dnie, w lata, spędzone na silnym stresie, niszczeniu sobie psychiki i próbie wybrnięcia z psychicznego zmęczenia, które bezustannie odczuwałam. Niektóre zajęcia składały się wyłącznie z liczenia pozostałego czasu do zakończenia, jak się zdawało, niekończącej się agonii. 
   Czy uważam, że szkoła była zła? Nie. Czy dla mnie osobiście była nienajlepszym doświadczeniem? Tak. Oczywiście, że niektóre lekcje zajmowały mnie, nawet sprawiały przyjemność. No, ale, bogowie, jak dobrze, że wreszcie mam to za sobą. Wracając do tematu – to wszystko budowało piękną podstawę pod moje przemyślenia, nawet czasami wymuszając je we mnie, bym miała coś ciekawego do roboty, co troszeczkę dałoby mi jakiś odpoczynek. 
     Jednak nawet po opuszczeniu murów jakiejkolwiek placówki, w której się akurat uczyłam, zmęczenie nie opuszczało mnie, zgniatało wewnętrznie, dokładało swoje małe cegiełki do mojego złego stanu psychicznego. (Stąd serdecznie pozdrawiam wszystkie osoby, które mówiły mi, że ja to jeszcze nie wiem czym jest zmęczenie i nie mam prawa mówić, że w ogóle je odczuwam. Lecimy dalej z tym, dlaczego jesteście w błędzie.)
        Zatem kiedy w końcu zamknęłam ten ogromny rozdział w życiu, od razu pomyślałam o pracy. I tak zaczęłam się zastanawiać, czy może nie powtórzy się to samo, co ze szkołą. Oczywiście, gdyby tak było, nadal bym pracowała. Po prostu musiałabym się liczyć z tym, że rzeczywiście myliłam się, co do tego co mi wszyscy opowiadali. Jak to oni sami by tak chętnie wrócili do szkoły. No znacie te śpiewki, każdy je wyciąga, jak tylko nadarzy się okazja pokazać niedoświadczonym dzieciakom, że nic nie wiedzą o życiu. 
        Zaczęłam pracę. Pracuję już dwa miesiące. I wiecie co. 
Tak, jestem zmęczona. Tak, czasami przychodzę do domu i kładę się spać, budząc się dopiero przed północą. Tak, mam dość ludzi, no bo przecież pracuję w usługach publicznych. Jednak, do cholery, to nie równa się z tym, co przeżywałam w szkole. I tak, drodzy doświadczeni koledzy, uważam, że nie mieliście racji, a przynajmniej w moim przypadku, żeby zaraz ktoś mi się nie doczepił i nie wsadzał mi słów w usta, że milion innych osób, w podobnej sytuacji jak ja, twierdzi inaczej.
        Czym to się w zasadzie różni? To jest całkowicie inny rodzaj zmęczenia! Opuszczam mury pracy, bolą mnie nogi, kark, jestem trochę niewyspana i zmachana robotą, ale wszystkie sprawy z nią związane, zostawiam w środku. One nie wychodzą za mną, nie wloką się i nie szarpią z każdej strony za psychikę. 
     Nie jestem zmarnowana godzinami poczucia marnowania czasu, nudzenia się, dwadzieścia razy tygodniowo przeżywania tego samego stresu, który i tak powtórzy się za dwa tygodnie, bo taki jest system. Nie muszę martwić się tym, że nie potrafię czegoś załapać, za co czeka mnie milion kolejnych godzin nadrabiania i rwania sobie włosów z głowy, żeby chociaż "wyjść na dwóję".
        To nie jest zmęczenie psychiczne, tylko fizyczne. Na które działa herbatka, poleżenie chwilę, wyspanie się. I nie budzisz się z bólem świadomości. To wszystko zostaje w innym miejscu, gdzie spędzam te osiem godzin, a gdy je opuszczam, mogę wreszcie oddychać. Nawet jeśli czuję się niesamowicie zmęczona ostatnimi czasy, to jest to takie zmęczenie, które mnie po prostu cieszy, które sprawia, że leżę pięć sekund i zasypiam bez wpatrywania się w ścianę do czwartej w nocy, które nie powoduje bezsenności, na którą nic nie działa. 
        Tak wiem, już ziomki lecą, żeby mi powiedzieć, że u nich w pracy jest inaczej, że oni to sobie w ogóle żyły wypruwają i co ja wiem o życiu. Tak, bo jestem niezwykle nieświadomą osobą, której trzeba o tym przypominać co dwa dni, żeby mi się w dupie nie poprzewracało przypadkiem.
       Jednak ja tu mówię o swoim doświadczeniu. Ja po prostu kocham to zmęczenie. Naprawdę. Gdy po jedenastu latach ciągłego bólu głowy, w tym czterech przepełnionych wypłakiwaniem sobie oczu po powrocie do domu, nareszcie czuję coś, z czym potrafię sobie poradzić. Na co tylko machnę ręką. Nawet lepiej – naprawię.
     Dlatego też, moi drodzy, przez to moje wspaniałe zmęczenie fizyczne, nie mam czasu na rozmyślania. I wiecie co, to też jest naprawdę super. Nie prowadzi mnie to w żadne ciemne zakamarki mojej własnej głowy, z czym tak długo walczę. I pierwszy raz od dawna myślę sobie, no po co. Po co mam tak wszystko rozdrabniać. Nie potrzebuję tego już, żeby wypełnić sobie czas życia. 
     Czy to znaczy, że przestanę pisać? Nie. I tylko taką odpowiedź dam. 

A na ból karku serio świetnie działa zimny ręcznik i mrożona herbatka. Polecam. 

Komentarze

Popularne posty